Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 maja 2017

"Szopka" - Zośka Papużanka






Tytuł: Szopka
Autor: Zośka Papużanka
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo:
Świat Książki
Liczba stron: 208







Młoda kobieta z małym dzieckiem pewnego dnia zostaje wdową. Wraca do domu rodzinnego, ale tam nie jest wcale miło powitana, a rodzice traktują ją jak problem. Wredna, szczera aż do bólu, wiecznie niezadowolona kobieta z małym dzieckiem znajduje sobie jednak mężczyznę, za którego postanawia wyjść za mąż. I nie jest to z pewnością małżeństwo z miłości. Wkrótce na świat przychodzi kolejne dziecko i tym to sposobem bohaterowie stają się pełną, 4-osobową rodziną... i wtedy też zaczyna się cała "zabawa" zwana życiem.

Żona dzień w dzień gnębi męża za wszystkie nieszczęścia świata. Tłamszony mąż stara się jak najmniej przebywać w domu. Maciuś przeklina, przezywa i terroryzuje swoją siostrę. A najmłodsza Wanda zastraszana na każdym kroku, boi się zająć w domu jakiekolwiek stanowisko. Tak mniej więcej przedstawia się sytuacja rodziny, gdzie każdy wchodzi w swoją rolę i nie wychodzi z niej przez kilkadziesiąt lat przestawionych na łamach tej książki.

"Szopki" nie czyta się dobrze czy lekko. To książka, która razi językiem, przekleństwami, niskim poziomem wypowiedzi. Ale przede wszystkim brakiem poszanowania drugiej osoby i ogólnie pojętą krzywdą, jaką bohaterowie wyrządzają sobie nawzajem. Rodzina powinna być symbolem wsparcia i miłości, ale akurat w tej książce ukazana jest niczym skupisko toksycznych relacji, których nikt nie chce ukrócić.

Podczas czytania przez cały czas miałam wrażenie, że z czymś mi się ta książka kojarzy. I owszem, "Gnój" Wojciecha Kuczoka napisany jest w podobnym stylu pod względem zarówno języka jak i fabuły. Z tym że o ile w książce autora całość robi na czytelniku niemałe wrażenie, tak "Szopka" Papużanki w ogólnym rozrachunku budziła we mnie raczej obrzydzenie, niechęć, irytację oraz niesmak. W "Gnoju" można było liczyć również na wątki psychologiczne warte zastanowienia. Tutaj szczerze mówiąc, nawet nie chciałabym się w nic zagłębiać, bo postaci (w szczególności żona) doprowadzały mnie do szału. Jej wiecznego marudzenia, nękania niewinnego męża, a wychwalania pod niebiosa i litowanie się nad permanentnie bezrobotnym, uzależnionym od alkoholu, 50-letnim synem nie dało się znieść.

"Szopka" to ewidentnie lektura, której nie polecam, no chyba że ktoś ma ochotę podnieść sobie ciśnienie. Co prawda można ją docenić za oryginalność. Niemniej jednak mnie czytanie jej wymęczyło, zajęło sporo czasu i generalnie nie zrobiło dobrego wrażenia.

wtorek, 10 stycznia 2017

"Byłam żoną seryjnego mordercy" - Cathy Wilson






Tytuł: Byłam żoną seryjnego mordercy
Autor: Cathy Wilson
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo:
Amber
Liczba stron: 348






Cathy miała 16 lat, kiedy zaczynała samodzielne życie. Wtedy też poznała o kilkanaście lat starszego Petera Tobina. Mężczyzna zauroczył ją swoją postawą, pozycją społeczną i tym, że zwrócił uwagę właśnie na nią, zwykłą nastolatkę. Tymczasem Tobin widział w niej wyłącznie bezbronną, kruchą dziewczynę, którą łatwo będzie manipulować i wykorzystać.

Bardzo lubię wstrząsające historie oparte na faktach, a "Byłam żoną seryjnego mordercy" jest właśnie jedną z nich. Cathy już od samego początku nie miała w życiu łatwo. Jej matka urodziła ją, mając 16 lat. Od początku żyły w zimnie, o głodzie, nie mając grosza przy sobie. Jednak to nie byłoby tak złe, gdyby jej matka nie wpakowała się w problemy z narkotykami. Wizyty policji, opieki społecznej, aż wreszcie śmierć matki odcisnęła się na Cathy głębokim piętnem.

Ale dziewczyna nie poddawała się i walczyła o szczęście. W wieku 16 lat poznała jego - miłego, pociągającego mężczyznę, który obiecywał, że uczyni jej świat lepszym. Początkowo rzeczywiście było jak w bajce... ale nie trwało to długo. Zaczynało się niewinnie. Peter zniechęcał ją do robienia makijażu i ubierania się w młodzieżowe ubrania. Przeciwstawiał ją jej znajomym. Kazał dzień w dzień szorować dom na błysk. Powoli obdarzał ją przekleństwami i zaczął wykazywać wobec niej agresję. A gdy Cathy chciała go opuścić, manipulował nią i szantażował emocjonalnie. Wreszcie oszukał ją, kłamiąc, że przyszły zabieg medyczny uczyni go bezpłodnym i zmuszając tym samym do zajścia w ciążę, co w rezultacie było kolejnym krokiem do uzależnienia Cathy od siebie. Ale to dopiero preludium do koszmaru jaki zgotował dziewczynie.
Przez całą książkę bardzo żal było mi Cathy. Była naprawdę porządną, opiekuńczą, dojrzałą, przedsiębiorczą i generalnie ogarniętą dziewczyną. Już jako parolatka zachowywała się jak dorosła, zajmując się domem, organizując jedzenie i (o zgrozo!) zajmując się naprawą elektryczności. Mając paręnaście lat, miała 3 prace jednocześnie, co pozwoliło jej w wieku 16 lat wyprowadzić się na swoje. Nie raz prowadziła swój własny biznes i była odpowiedzialna za utrzymanie całej rodziny, bo Peter Tobin nie raczył wziąć się do jakiejkolwiek pracy. Gdyby nie toksyczny związek, jestem przekonana, że Cathy dużo by w życiu osiągnęła i można by ją nazwać kobietą sukcesu z krwi i kości.

Książkę jak najbardziej polecam. Czytało się ją bardzo przyjemnie i w mgnieniu oka dobrnęłam z nią do końca. Co prawda wiele było ciężkich momentów, przy których serce aż się krajało, jednak Cathy to osoba, którą ciężko nie polubić i kibicowałam jej na każdym kroku. Spotkałam się z opiniami, że autorka była głupia i naiwna i powinna dużo wcześniej zostawić Petera, nie dając mu kolejnych szans. Tak naprawdę łatwo jest coś takiego pisać, nie będąc w czyjejś skórze, patrząc na daną sytuację z zewnątrz i wiedząc, jak dany los się potoczy. Tymczasem nikt nie jest bezbłędny. A Cathy o tak kruchym dzieciństwie, samotnej praktycznie przez całe życie, z brakiem wzorców w otoczeniu i bezustannie marzącej o tym, by jej syn mógł w przeciwieństwie do niej wychowywać się w pełnej rodzinie z matką i ojcem, tym bardziej można usprawiedliwić jej zachowanie.

sobota, 20 sierpnia 2016

Sprawność. Siła. Witalność. Jak CrossFit zmienił moje życie - T.J. Murphy






Tytuł: Sprawność. Siła. Witalność. Jak CrossFit zmienił moje życie
Autor: T.J. Murphy
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Sine Qua Non
Liczba stron: 240






T.J. Murphy przez całe swoje dorosłe życie biegał, co przyczyniło się do licznych kontuzji kolan, naciągnięć ścięgien, skurczy i urazów mięśni. Postanowił, że przebiegnie maraton, jednak na parę dni przed nim jego stan zdrowia pozwolił mu na pokonanie zaledwie 100 metrów. To był moment, w którym Murphy wiedział, że będzie musiał raz na zawsze pożegnać się z bieganiem. Jednak osobie aktywnej nie jest łatwo przyjąć postawy biernej, toteż były biegacz musiał znaleźć dla siebie inną formę sportu i tym oto sposobem natknął się na crossfit, który... raz na zawsze odmienił jego życie.

Autor przybliża sylwetkę Glassmana - ojca crossfitu, który już od dziecka zajmował się obmyślaniem planów treningowych oraz opowiada o narodzinach tego sportu, które przypadkowo i w dziwnych okolicznościach miały miejsce w... garażu. Opowiada też o trudnych początkach crossfitu. Jest to program treningowy składający się z ćwiczeń siłowych jak i kondycyjnych. Charakterystyczne są dla niego burpee, podciąganie na drążku, wskoki, martwy ciąg, pompki i wiele innych. Jak można zauważyć trening ten wyklucza użycie maszyn, co było rewolucyjnym podejściem i oczywiście stało w opozycji do całych koncernów siłowni.

Murphy skupia się też na własnych początkach z crossfitem. Co ciekawe zwraca uwagę na przysiady. Z pozoru proste, znane jeszcze z czasów podstawówkowych wf-ów ćwiczenie, okazuje się, że ma wielkie znaczenie i jest jednym z ważniejszych ruchów jeśli chodzi o człowieka. Jako że treningi zawsze idą w parze z żywieniem, autor wspomina też o diecie charakterystycznej dla crossfitowców czyli paleo, pokrótce opowiadając o jej zasadach.
W książce Murphy nie skupia się tylko na sobie, a przytacza też wypowiedzi różnych ludzi trenujących crossfit. Każdy z nich miał inne pobudki do rozpoczęcia tego typu sportu, co można sprowadzić do jednego wniosku - crossfit jest dla każdego! Co więcej, sport ten przedstawiony jest jako kult wspierających się, motywujących, optymistycznych, pełnych energii ludzi. Trzeba przyznać, że opis otwartej i przyjacielskiej postawy społeczności, jaką Murphy spotykał na treningach, robił wrażenie. Niemniej jednak ciekawe jaki wpływ na to miał fakt, że spotkania miały miejsce w Ameryce, kontynencie ludzi o zgoła innej mentalności niż nasza.

Książka opatrzona jest także zdjęciami przedstawiającymi poszczególne ćwiczenia i ich opisem, co umożliwia wykonanie treningu na własną rękę, bez obecności trenera.

Murphy opowiada o sporcie z niezwykłą pasją i oddaniem. Widać, że jest zapaleńcem w tej dziedzinie i samą swoją osobą zachęca do trenowania. Ale nie wypowiada się o crossficie wyłącznie w superlatywach. Były biegacz w książce świetnie oddaje klimat tego ciężkiego sportu pełnego bólu, potu, łez, wyrzeczeń i przekraczania własnych granic wytrzymałości. A mimo nieco siejących postrach opisów, Murphy przesyła energię do działania i sprawia, że najchętniej już zaraz poszłoby się na trening crossfitu.

Można powiedzieć, że książka "Sprawność. Siła. Witalność..." to takie małe kompendium wiedzy na temat crossfitu, ale także i biografia autora, któremu raz zdrowie zabrane przez sport, innym razem przez ten sam podmiot zostało darowane. Ciekawa pozycja dla osób, które chciałyby się dowiedzieć, czym ten crossfit tak dokładnie jest oraz efektywna dla ludzi szukających motywacji do aktywności fizycznej. A dla fanów crossfitu? Myślę, że lektura obowiązkowa.

piątek, 17 czerwca 2016

"Dziewczyna #9" - Tami Hoag







Tytuł: Dziewczyna #9
Autor: Tami Hoag
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Harlequin Mira
Liczba stron: 416





W noc sylwestrową z bagażnika samochodu na ruchliwą jezdnię wypada ciało młodej dziewczyny. Zdewastowane 17-toma dźgnięciami noża, o twarzy potraktowanej kwasem nasuwa tylko jedno skojarzenie - zombi. Policja podejrzewa, że była dziewiątą ofiarą seryjnego mordercy Doca Holidaya.
Tymczasem śledztwo prowadzi do zaginionej trudnej, nieszczęśliwej, buntowniczej nastolatki-artystki. W szkole była nienawidzona i miała poważne zatargi z grupą uczniów należącą do szkolnej elity. Czy silna niechęć do dziewczyny mogła doprowadzić do jej śmierci?

Za kryminałami w dosłownym tego słowa znaczeniu, których akcja toczy się wyłącznie wokół śledztwa i przesłuchiwania kolejnych świadków nie przepadam. Jednak te przybliżające również życie prywatne bohaterów i tuż obok morderstwa, przemycające także inny problem, zdecydowanie trafiają w moje gusta. A "Dziewczyna #9" na całe szczęście należy do tego drugiego rodzaju.

Już kiedyś czytałam książkę Tami Hoag, więc gdy w oczy rzuciły mi się nazwiska Liska i Kovac, od razu poprawił mi się humor. Trzeba przyznać, że to dwójka charakternych policjantów, których cięty język pełen ironii rozbraja nawet najbardziej napiętą, pełną powagi atmosferę. Tuż obok nich występuje także Tippenn, równie twardy i bezceremonialny jak na rasowego glinę przystało.
Wątek morderstwa w książce został trochę przesłonięty przez motyw tzw. "trudnej" dziewczyny. Myślę, że każdy kiedyś natknął się na taką w swoim życiu. Wymyślna fryzura, piercing w różnych częściach ciała, tatuaże... Dodatkowo odpychający charakter, buntowniczy tryb życia, ucieczki z domu. Ale to nie wszystko. Książkowa Grey ma smykałkę do pisania wierszy, z tym że jak na "trudną dziewczynę" przystało, są to wiersze oskarżycielskie, ponure, naładowane złymi emocjami. Lubię analizować ludzi... ich zachowania, wygląd, wypowiedzi, relacje. Zatem postać Grey od razu mnie zaciekawiła i chciałam wiedzieć o niej więcej, więcej, więcej i jeszcze więcej.

Oprócz tego w książce poruszony został wątek szkolnej elity. Uczniów najbogatszych, najlepiej się ubierających, najładniejszych, myślących o sobie w kategorii "bogów", których pewność siebie przekracza wszelkie granice. Teoretycznie każdy przeciętny uczeń patrzy na nich z podziwem i zrobiłby wszystko, z wylizaniem podeszew butów super-paczki włącznie, by należeć do jej grona. Jednak czy trafienie do niej naprawdę można nazwać spełnieniem marzeń?

Akcja książki niezwykle sprawnie wciąga w wir wydarzeń, a każde kolejne okoliczności intrygują coraz bardziej, wzbudzając niezwykłą ciekawość odnośnie tego kto i dlaczego zabił Grey. Samo zakończenie natomiast, mimo że niezwykle szokujące, zdaje się nieco nierealne. Raczej ciężko wcześniej się domyślić mordercy, bo raczej ciężko w coś podobnego uwierzyć.

"Dziewczyna #9" to intrygujący thriller, który polecam przeczytać. Nie zanudzi dużą liczbą ofiar czy przewlekłym dochodzeniem. Za to rozbawi sarkastycznym językiem policjantów i zaciekawi psychologicznym aspektem różnorodnej młodzieży.

niedziela, 8 maja 2016

"Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodość" - Andreas Altmann






Tytuł: Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodość
Autor: Andreas Altmann
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Czarna Owca
Liczba stron: 288





Kiedy się ledwo urodził, był duszony przez matkę poduszką. Był chłopcem, a nienawiść matki do swojego męża skutecznie przekładała się na nienawiść do wszelkich osób płci przeciwnej, nawet do swojego ledwo narodzonego dziecka. Tylko pielęgniarka w ostatniej chwili uratowała go od śmierci. W dzieciństwie wszelakimi drastycznymi sposobami bezustannie zabiegał o miłość matki. Bity, głodzony i upokarzany przez ojca, wychowywał się w atmosferze lęku i beznadziei. Andreas Altmann - znany autor książek podróżniczych, zwycięzca konkursów literackich... z pewnością nie miał łatwego dzieciństwa.

Książka o tak mocnym tytule nie mogła być lekturą choć w małej części lekką. Tuż po ślubie pięknej, kochającej się pary, Franz Xaver Altmann (ojciec Andreasa) - czuły, młody mąż o aparycji modela musi wyjechać na wojnę. Po latach powraca wreszcie do małej, religijnej wioski i zaczyna zajmować się sprzedażą różańców. Jednak wojna go zmieniła i to już zupełnie nie ten sam dobry Franz Xaver, jaki opuszczał Altotting. W oczach innych odgrywa rolę miłosiernego chrześcijanina, jednak w domu zamienia się w terrorystę znęcającego się psychicznie i fizycznie nad swoją rodziną.

"Zasrane życie mojego ojca..." to książka silnie naładowana negatywnymi emocjami. Z każdej strony, z każdego zdania bije wielka nienawiść. Tu już nawet nie ma mowy o jakimś smutku, żalu, czy rozczulaniu się na swoim dzieciństwem. To co da się odczuć przez tę książkę to obrzydzenie. Obrzydzenie matką, która nie próbowała ratować ani siebie ani dzieci i potulnie skazywała się na mękę ze strony męża. Obrzydzenie bratem, który zamiast trzymać stronę rodzeństwa, donosił na nie. Obrzydzenie kościołem bezustannie wmawiającym innym grzech. I przede wszystkim obrzydzenie ojcem, bijącym, upokarzającym, zmuszającym do ciężkiej pracy totalnym hipokrytą.
Czytając takie książki, zawsze zwracam uwagę na smutny fakt braku reakcji otoczenia na widok krzywdy innych. Pół biedy jeśli ofiarą jest osoba dorosła, bo ta pomimo trudów jest w stanie odciąć się od dotychczasowego środowiska. Gorzej ma się sprawa, jeżeli krzywda dotyka dziecko, bo to zupełnie bezbronne nie jest w stanie opuścić toksycznego otoczenia. Ani szkoła ani sąsiedzi nie zainteresowali się losem, mającego problemy w nauce, wychudzonego do granic możliwości małego chłopca. Dziecko powinno szukać pomocy u rodzica, ale co jeśli to on jest źródłem wszelkich problemów? Andreas Altmann dopiero będąc dorosłym, uciekł z rodzinnej wioski i odciął się od swojego ojca. Po latach poszukiwań własnej ścieżki życiowej, został sławnym reporterem. Jednak zanim do tego doszło musiał zmierzyć się z budowaniem przez lata podkopywanej samooceny, a większość zarobionych pieniędzy przeznaczał na terapię.

Poruszająca i smutna historia o tym jak rodzice mogą sprawić, że dzieciństwo - teoretycznie najlżejszy, najbardziej beztroski czas w życiu człowieka może stać się horrorem. Mocna i nie szczędząca okrucieństwa książka na faktach. Stwierdzenie, że "niektórzy rodzice nie zasługują na to miano" jest w niej aż zanadto oczywiste.

czwartek, 9 lipca 2015

„Wilk z Wall Street” – Jordan Belfort






Tytuł: Wilk z Wall Street
Autor: Jordan Belfort
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Świat Książki
Liczba stron: 512







Jordan Belfort to jeden z najbardziej znanych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Jego żądza pieniędzy była tak wielka, że z biednego chłopca w krótkim okresie zawładnął Wall Street i stał się bogatym mężczyzną mającym na swoim koncie miliony. Niestety, jak to bywa, niebotyczne pieniądze mają duży i nieczęsto negatywny wpływ na ludzi, tak jak w przypadku bohatera i właśnie Jordan zabiera nas w świat swojego zwariowanego życia przez duże „Ż” bądź też jak to idealnie w książce określa - życia „bogatych i dysfunkcyjnych”.

Dużo czasu wstrzymywałam się przed obejrzeniem ekranizacji zgodnie z regułą „najpierw książka, później film”. Niestety nie było też możliwości jej przeczytania do czasu, gdy mojej koleżance w końcu udało się zabukować ją w bibliotece, a następnie mi pożyczyć.

Na początku muszę stwierdzić, że przeżyłam swoiste zaskoczenie, czytając tę pozycję. Ostatnio miałam okazję zapoznać się z lekturą „Diablicy z Wall Street”, w której to trochę brakowało mi większych szczegółów ze świata finansjery. Byłam przekonana, że w „Wilku…” na pewno ich nie zabraknie. A tu niespodzianka… Tak się składa, że jest to biografia (!) znanego finansisty, która chociaż początkowo co prawda odnosiła się do jego firmy na Wall Street, później zdecydowanie zeszła na inne tory.

Na pewnym etapie swojego życia Jordan przyznaje, że jest uzależniony od narkotyków, seksu i wydawania pieniędzy. I kiedy to ostatnie może wydawać się śmieszne, to jednak dla przeciętnego odbiorcy przepych i wyrzucanie grubych pieniędzy na każdym kroku może zdumiewać. We mnie osobiście wzbudziło pewną refleksję - obecnie bezustannie poszukuję promocji i zazwyczaj staram się kupować wszystko po niskich kosztach, dlatego zastanowiło mnie, czy gdybym była bogata (no może nie od razu jak Jordan Belfort, nie popadajmy w skrajności ;), ale ponadprzeciętnie, to czy moja rozpustna natura też by się ujawniła?

Ale powracając do książki, pełna jest ona wulgaryzmu, prostytutek, przekleństw i brutalności. No i oczywiście narkotyków, bez których mam wrażenie nijak nie funkcjonowałoby w ogóle Wall Street. To z pewnością nie powieść dla delikatnych i wrażliwych… No dobra, mnie czytało się ją całkiem dobrze i nie powiem, żeby mnie gorszyła, ale słyszałam o głosach oburzenia, dlatego wolę w razie czego uprzedzić. Tak czy inaczej książką dla dzieci ona na pewno nie jest.

Można by pomyśleć, że postać Jordana Belforta - oszusta, kłamcy, szaleńca, notorycznie zdradzającego swą żonę, narażającego życie innych, nieustannie pogrążającego się w narkotykach nie będzie budzić sympatii. A jednak tak nie jest. Jordan ma w sobie coś, co zachęca do kibicowania mu i trzymania jego strony. Spryt i bystrość czy ironiczne a i zarazem zabawne spojrzenie na świat, a może (trudna i dziwna, ale silna) miłość do żony i dzieci sprawiają, że mimo czasem karygodnych błędów jakie popełnia, puszczamy mu to w niepamięć i dajemy kolejną szansę.

Książka jest także swoistą przestrogą przed tym, co z człowiekiem może zrobić nadmiar pieniądza. Daje poczucie władzy, boskości i chęci czerpania „więcej i więcej”, co w przypadku Belforta dochodziło już do niemal opłakanych skutków.


Kto książki jeszcze nie przeczytał, serdecznie do tego zachęcam. Niecodzienna historia o nieprzeciętnym życiu młodego finansisty. Napisana lekko i z poczuciem humoru (często czarnego). Którego życie jego, jego żony i przyjaciół idealnie podsumowuje wyrażenie „bogaci i dysfunkcyjni”.

sobota, 6 czerwca 2015

„Diablica z Wall Street” – Erin Duffy






Tytuł: Diablica z Wall Street
Autor: Erin Duffy
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Grupa Wydawnicza Foksal
Liczba stron: 377







Pamiętam stare, dobre czasy. Siedzimy sobie przy okrągłym stole i po przemaglowaniu licznych tematów w końcu rozprawiamy na jeden, zgoła inny od pozostałych. Omawiamy pomysł dotyczący tego, że zapiszemy się na koło naukowe z inwestowania, a po nim to już będą musieli przyjąć nas na Wall Street. Sorry, ale nie mają innego wyjścia... Czyli nie do końca normalne wizje po którymś już drinku z rzędu. I mimo że nikt z będących na tamtym spotkaniu na wyżej wymienione koło już nie uczęszcza, sentyment do niego jednak pozostaje. I książka ta jest między innymi jego skutkiem.

Alex już w wieku 8 lat wiedziała, że w przyszłości chce pracować na Wall Street. Więc kiedy po latach studiów dowiedziała się, że otrzymuje pracę w jednej z największych firm świata finansjery, ten dzień był dla niej najpiękniejszym. Niestety kolejne tygodnie i miesiące zweryfikowały jej wyobrażenia o tym miejscu. Zamiast pracy nad rynkami z brokerami i zamożnymi klientami, czekało ją dziecinne przenośne krzesełko i rola służącej w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Dzięki swojej ambicji, zapałowi i przede wszystkim pokorze wkrótce zaczyna piąć się ku górze i odnosić sukcesy. Pewne wydarzenia jednak sprawią, że zacznie dopadać ją kryzys i będzie się zastanawiać, czy cena, którą płaci nie jest dla niej zbyt wysoka.

„Diablica z Wall Street” to powieść lekka, zabawna i przyjemna. Ze względu na podobny schemat, trochę przypominała mi książkę „Diabeł ubiera się u Prady”, chociaż historia Alex była zdecydowanie ciekawsza.

Początkowo nie byłam pewna, czy polubię główną bohaterkę. Miała ona ojca pracującego na Wall Street i byłam pewna, że będzie chciała wykorzystać ten fakt w swojej karierze. Ale tak nie było. Trzeba przyznać, że Alex doszła do wszystkiego sama ciężką pracą, zaangażowaniem oraz pokorą. Ta ostatnia szczególnie była bardzo ważna. Alex nazywana „niewolnicą” nieraz dostawała kompromitujące zadania do wykonania, musiała brać mnóstwo nadgodzin, a kary za jej pomyłki były bardzo surowe i bolesne. Z każdą taką sytuacją byłam oburzona i dochodziłam do wniosku, że ja już dawno bym się zwolniła z takiej pracy, która często zakrawała na znęcanie się nad pracownikiem. A jednak Alex w walce o marzenia potrafiła schować dumę w kieszeń i posłusznie wykonywać polecenia i za to szczerze ją podziwiałam.

Wall Street w książce ukazane jest jako miejsce, w którym trzeba dawać z siebie dosłownie wszystko, by dojść do czegokolwiek. Gdzie stres i presja są tak wielkie, że picie po pracy alkoholu na odreagowanie jest na porządku dziennym. Gdzie zamożni klienci myślą, że są bogami i za pieniądze są w stanie kupić dosłownie wszystko. A z drugiej strony to również miejsce pełne hucznych imprez, dziwnych i zabawnych sytuacji oraz licznych, często okrutnych żartów (w końcu zdecydowaną większość firmy stanowią mężczyźni), które są śmieszne… dopóki samemu nie zostanie się ich ofiarą. I oczywiście ogromnych pieniędzy.

W książce trochę mi brakowało dogłębniejszego opisu zadań wykonywanych przez pracowników. W końcu głównym motywem był Wall Street, więc myślałam, że lepiej poznam specyfikę niektórych instrumentów, ale tak nie było. Z drugiej strony normalny człowiek, niemający nic wspólnego z finansami, chyba nic nie zrozumiałby z opisu działania przykładowo instrumentów pochodnych czy też produktów strukturyzowanych i porzuciłby książkę bądź też przy niej usnął, więc może to celowy zabieg autorki.

Lektura książki była miła, przyjemna i niewymagająca. Idealna jako przerywnik od powieści o ciężkich i smutnych klimatach. Lekka i zabawna ale nie głupia. Za to pozwalająca zastanowić się nad tym, czy na pewno marzenia, które spełniamy są dla nas odpowiednie i czy nie istnieją inne, lepsze opcje do wyboru. Ucząca, że aby coś osiągnąć potrzebna jest ciężka praca i mnóstwo samozaparcia. A także pozwalająca zastanowić się, do czego zdolny jest człowiek, mając przed sobą wizję ogromnych pieniędzy.

piątek, 9 stycznia 2015

„Mroczny trop” – Alex Kava






Tytuł: Mroczny trop
Autor: Alex Kava
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Harlequin Mira
Liczba stron: 320







Ryder Creed - ceniony trener psów wraz z jednym z nich udaje się na statek rybacki podejrzany o przemyt narkotyków celem ich odkrycia. Zamiast tego pod jego pokładem odnajduje piątkę porwanych, przerażonych dzieci.
Maggie O’Dell - agentka FBI bada sprawę serii morderstw. Jako że ofiary były przed śmiercią torturowane przez różnorakie insekty, domyśla się, że za zabójstwami stoi jedna i ta sama osoba.
Wkrótce losy tej dwójki krzyżują się, a gdy pod opiekę Creeda trafia jeszcze małoletnia Amanda, zmuszana do przemytu kokainy, życie Rydera i jego bliskich staje się zagrożone. Mężczyzna przy pomocy psów przygotowuje pułapkę na przestępców.

Akcja książki rozpoczyna się od wątku, w którym Amanda razem z innymi dziewczynami zachęcana przez swojego „wybawcę” Leandra połyka kolejne baloniki z kokainą. Trzeba przyznać, że autorka już na wstępie wie jak zachęcić do książki. To zdecydowanie najciekawszy wątek i najbardziej interesowało mnie jego rozwinięcie.

Tuż obok niego przeplatane były historie przedstawiane z punktu widzenia Rydera i Maggie w krótkich i treściwych rozdziałach, urozmaicając tym fabułę powieści, a tym samym wciągając czytelnika i nie pozwalając mu oderwać się od czytania.

Wraz z rozwojem akcji, byłam coraz bardziej ciekawa m. in. kim jest tajemniczy i nie ujawniający się światu Iceman, toteż przewracałam strony coraz szybciej, ale… tak było do czasu. Odniosłam wrażenie, że pod koniec akcja zaczęła zwalniać, a fabuła powoli przestawała intrygować. Klimat zawarty w książce również jak na thriller nie był zbyt przerażający czy mroczny.


Ostatecznie zakończenie pozostawia trochę niedopowiedzeń i nie jest szczególnie satysfakcjonujące. Uważam, że „Mroczny trop” to dosyć przeciętny thriller jakich wiele. Co prawda czyta się go szybko i płynnie, a wątki z dialogami czy przemyśleniami bohaterów ubarwiają fabułę, jednak nie jest on niczym zaskakującym. Dla miłośników psów książka może być dobrym wyborem ze względu na duży w niej udział tych zwierząt, mądrych i pomocnych, wykreowanych niemalże na herosów. Jednak na tych, którzy podobnie jak ja mają do nich obojętny stosunek, książka nie zrobi ogromnego wrażenia.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Harlequin Mira.

niedziela, 4 stycznia 2015

„Zachłanni” – Magdalena Żelazowska






Tytuł: Zachłanni
Autor: Magdalena Żelazowska
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Harlequin Mira
Liczba stron: 380







Pamiętam, że w dzieciństwie wyobrażałam sobie, że gdy dorosnę, wyjadę do wielkiego miasta daleko od domu rodzinnego, ukończę ciekawe studia, zdobędę dobrą pracę, wyjdę za mąż i zamieszkam we własnym mieszkaniu. Oczywiście moje marzenia podobnie do tych, posiadanych przez bohaterów książki nijak się miały do żałosnej rzeczywistości.
Jako że jedyna relatywnie ciekawa praca po moim kierunku studiów znajduje się w Warszawie, zainteresował mnie temat tzw. słoików, czyli ludzi przyjeżdżających do większych miast, gdyż może sama będę kiedyś do nich należeć. Ciekawiło mnie, czy przyszłość po jaką wybywają ludzie rzeczywiście okazuje się lepsza i jak sobie tacy ludzie radzą. A zatem jak sobie radzą?

„Na pewnym etapie spotkanie znajomego w PKS-ie staje się nawet żenujące. Jak wytłumaczyć, że po latach studiów i zapieprzania nie stać cię nawet na samochód? Albo to, że jedziesz sam? Czyżby życiowa wtopa? U ciebie też? No popatrz.”
Paweł z narzeczoną Asią od 10 lat wynajmują pokój w Warszawie. Niskie płace i wysokie koszty życia sprawiają, że nie mają zdolności kredytowej, więc nie są w stanie kupić wymarzonego mieszkania. Z biegiem lat sfrustrowani tracą nadzieję na lepszą przyszłość. Jednak zdesperowany Paweł ma jeszcze swój mało moralny plan, który powoli wciela w życie.

„Ludzie się zakochują, rozstają, cierpią z miłości, nudzą się sobą, zdradzają. Przeżywają etapy euforii i rozpaczy. Uczą się siebie i innych. Zbierają wspomnienia, by kiedyś móc powiedzieć: żyliśmy ciekawie. A ja? Każdego dnia czuję, że moje własne życie mnie unika.”
Ewa ma własne mieszkanie w stolicy, satysfakcjonującą pracę i oddane przyjaciółki… jedyne czego brakuje jej do szczęścia to miłość. Po latach borykania się z tym problemem zakłada konto na portalu randkowym. Porażka goni porażkę, jednak Ewa nie poddaje się, za wszelką cenę chcąc poznać tego jedynego.

„Są ludzie, których głównym celem jest chęć dorównania innym. Są też tacy, którzy dążą do stworzenia bliskich relacji. Ale mnie najbardziej imponują ci, którzy umieją wznieść się ponad resztę i mierzyć wyżej. Ludzie, którzy stali się nieprzeciętni.”
Asia jest ambitną i wymagającą kobietą, chcącą osiągnąć coś w życiu. Zawsze musiała być we wszystkim tą najlepszą. A teraz bezustannie myśli o tym, jak się wybić. 

„Zachłanni” to książka ciekawie i oryginalnie ujmująca tematykę problemów młodego pokolenia związanych z migracją. Napisana jest językiem pełnym frustracji, goryczy i rozczarowania (szczególnie w części o Pawle), który idealnie podkreśla minorowe nastroje bohaterów, których wielkie nadzieje i marzenia rozprysły się w pył w konfrontacji z rzeczywistością.

Od samego początku łatwo jest utożsamić się z bohaterami, na przemian odczuwając radość z małych sukcesów, to znowu smutek i bezradność z kolejnych ich upadków. Mimo że chyba najlepiej odnajdą się w losach postaci młodzi odbiorcy, to myślę, że i starsi dzięki książce będą mogli powspominać swoją przeszłość i problemy z nią związane, a każdy odnajdzie w przynajmniej jednym bohaterze jakąś cząstkę siebie.

Autorka wykreowała dosyć przerażającą i zachęcającą do refleksji wizję rzeczywistości, w której prawdziwe wartości mało znaczą, a żeby coś osiągnąć należy wybrać drogę po trupach do celu. Przerażającą, ale jakże prawdziwą, bo czy nie na każdym kroku słyszymy, że wygrają jedynie najsilniejsi? Że wyjścia są dwa i albo rozpychając się łokciami i miażdżąc innych, dojdziesz na szczyt albo po drodze utracisz siły i spadniesz na samo dno.

Co mi się w książce niezbyt podobało to zakończenie, jak dla mnie nieco nierealne i trochę przewidywalne. Ponadto przeczące wcześniejszym założeniom zawartym w książce, że każde egoistyczne i zachłanne zachowanie w ostatecznym rozrachunku nie prowadzi do niczego dobrego.


„Zachłanni” to pierwsza na rynku książka traktująca o problemach pokolenia słoików. Autorka świetnie ukazała panującą rzeczywistość w Polsce po ściągnięciu różowych okularów. Ciekawe spostrzeżenia i przemyślenia bohaterów mimo spokojnej akcji nie zanudzały, a zachęcały do poznawania dalszych losów postaci. Książka jak najbardziej warta uwagi, a jako że to debiut autorki tym bardziej jestem pod wrażeniem i liczę na to, że w przyszłości będę mogła przeczytać kolejną równie dobrą i realistyczną powieść Magdaleny Żelazowskiej.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Harlequin Mira.

wtorek, 7 października 2014

„Powód by oddychać” – Rebecca Donovan







Tytuł: Powód by oddychać
Autor: Rebecca Donovan
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Feeria
Liczba stron: 496






Emma Thomas jest z pozoru typową szesnastolatką. Chodzi do szkoły, gdzie jest nieco cichą i starającą się nie rzucać w oczy osobą, ale również zdolną i pilną uczennicą. Jednak kiedy wraca do domu, wcale nie może liczyć na chwile odprężenia ani spokoju. To tutaj musi na każdym kroku liczyć się z tym, że za chwilę może zostać dotkliwie pobita za każdy najdrobniejszy szczegół. Codziennie odlicza dni do chwili, w której opuści swoje miejsce zamieszkania i wyjedzie na studia. Kiedy do szkoły przybywa nowy chłopak, Evan, od razu zaczyna zwracać uwagę na Emmę. Ta jednak nie chce mieć z nim nic wspólnego, gdyż wie, że w jej sytuacji nikt nie może się do niej zbliżyć. Z czasem jednak granica między nimi zanika, a Emma zaczyna dostrzegać w życiu nie tylko ciemne strony.

Historia Emmy, chyba każdy kto książkę przeczyta, się ze mną zgodzi, jest smutna i niesprawiedliwa. Miejsce, które powinno być azylem dziewczyny i jej ostoją, które kojarzy się z miłością i wsparciem, w tym przypadku jest kumulacją nieuzasadnionej nienawiści i źródłem strachu. Emma to uczennica zgarniająca najwyższe stopnie, utalentowana w sporcie, a także będąca redaktorem gazetki szkolnej. W domu bez zająknięcia spełnia wszystkie swoje obowiązki. Myślę, że każdy chciałby mieć takie dziecko, jednakże opiekunowie Emmy wcale nie są z niej dumni ani zadowoleni. A wręcz przeciwnie robią wszystko, by uprzykrzyć jej życie w najgorszym tego słowa znaczeniu.

„Szale na wadze mojego życia prawie się zrównoważyły, ale, jak zwykle, nie zbalansowały się idealnie. Kiedy już coś się poprawiło, coś innego musiało legnąć w gruzach. Zaakceptowanie tego było najtrudniejszą lekcją, którą musiałam odrobić.”

W książce opisane są wstrząsające chwile znęcania się nad dziewczyną przez jej własną ciotkę. Uprzedzam, że mogą być one ciężkie do przeczytania dla osób o słabych nerwach. Nie ma w nich wcale przesłodzonych wizji. Są ostre narzędzia, krew, siniaki, głębokie rany, ból i wymioty. Nieraz w trakcie czytania zastanawiałam się, co naprawdę popycha ludzi do tak pełnych nienawiści, drastycznych zachowań. Czy okrucieństwo jest cechą wrodzoną, czy może nabytą, ukształtowaną poprzez nieprzyjemne sytuacje w życiu oprawcy? Tak czy inaczej chyba nigdy nie zrozumiem, jak znęcanie się nad słabszym może przynosić tak chorą satysfakcję jak ciotce Emmy.

Oprócz smutnych emocji, książka zawiera również te pozytywne. Dzięki upartej postawie Evana nie odstępującego Emmy na krok, dziewczyna odżywa, zaczyna dostrzegać pozytywne strony życia. W końcu odzyskuje pewność siebie i poczucie własnej wartości nieustannie podburzane we własnym domu. Odczuwa, że istnieje ktoś, kto ją kocha i dla kogo jest najważniejsza na świecie.
Chłopak ma znaczący wpływ na jej poczucie szczęścia, jednak nie tylko on. Emma ma również Sarę, najlepszą przyjaciółkę, która mimo tego, że różnią się diametralnie, bezustannie stoi u jej boku, troszczy się o nią i trzyma kciuki za dziewczynę, nawet gdy ta robi rzeczy niekoniecznie zgodne z jej poglądami. Sara jest doskonałym przykładem na to, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

W książce znalazły się dwa fragmenty, które znacząco mnie wzruszyły. Pierwszy z nich dotyczył pogodzenia się Emmy i Sary po kłótni. Myślę, że momenty przeprosin, przyznania się do winy i przebaczenia zawsze w jakiś sposób poruszają i nie zabrakło tego i w tej książce. Drugim był już sam epilog zawierający piękną refleksję na temat miłości i wyboru między nią a… czymś równie kuszącym, ale czym zdradzać nie będę, to już sami musicie przeczytać.


„Powód by oddychać” to pełna emocji, poruszająca powieść, pokrzepiająca serca i przynosząca nadzieję na lepszą przyszłość. Jest to książka z gatunku młodzieżowych i myślę też, że osoby w wieku Emmy najlepiej by się w jej historii odnalazły. Jednak mimo że osobiście dawno temu miałam 16 lat, powieść czytało mi się bardzo dobrze i jestem pewna, że nie tylko mnie porwie historia Emmy.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Feeria.

poniedziałek, 29 września 2014

„Elita” – Dominik W. Rettinger







Tytuł: Elita
Autor: Dominik W. Rettinger
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Harlequin Mira
Liczba stron: 461






Konstancin pod Warszawą, świat najbogatszych elit, wielkich pieniędzy, interesów, afer, romansów i skandali… nagle zostaje zaburzony przez tajemnicze morderstwo, którego przypadkowym świadkiem jest Ewa Potulska. Od tej pory jej spokojnemu życiu zaczyna zagrażać śmiertelne niebezpieczeństwo. Przestępcy czyhają na nią na każdym kroku, chcąc się jej pozbyć, by nie mogła przeszkodzić w ich ciemnych interesach.

Czytając opis fabuły „Elity”, pierwsze z czym mi się ta książka skojarzyła to z „Ojcem chrzestnym”. W sumie to sama nie wiem już do końca dlaczego, niemniej jednak przez cały czas miałam w głowie, że będzie to taka polska wersja wyżej wymienionego dzieła; poważna, klimatyczna, pełna intryg, tajemnic i gangsterów, jednak… nijak nie można porównać tych dwóch powieści do siebie. To byłaby zbrodnia! 

Zacznę od postaci występujących w „Elicie”, które irytowały mnie i to mocno. Przyjaciółki Ewy były totalnie naiwne i płytkie, a ich głupawe dialogi czasem aż ciężko było czytać. Zresztą sama główna bohaterka wcale nie była od nich lepsza. Przy okazji cechowała się też uległością i brakiem asertywności i w rezultacie spełniała wszystkie zachcianki innych, nawet jeśli nie miała na to ochoty, chociaż… nie zdziwiłabym się gdyby ona sama nie wiedziała, na co miałaby ochotę. A oto jej wypowiedź i przemyślenie:

„- Człowiek żyje… a za chwilę nie żyje – powiedziałam sentencjonalnie.
Pokiwał poważnie głową. Lubił inteligentne kobiety.”

Wow, jakaż to niezwykle elokwentna wypowiedź. Jeśli w tekście nie był zastosowany sarkazm i rzeczywiście miała ona świadczyć o inteligencji, to nic, tylko się złapać za głowę.

Co do klimatu występującego w książce, to jest on niestety nijaki. Niby wystąpiła zbrodnia, a główna bohaterka jest bezustannie w stanie zagrożenia i właściwie w każdej chwili może zginąć, jednak… mimo wszystko brakuje tu nawarstwiającej się atmosfery grozy, strachu i napięcia.

Spowodowane jest to zapewne wszechobecnym humorem, który ewentualnie można by uznać jako plus książki. Ewentualnie, ponieważ mnie on osobiście nie bawił, aczkolwiek może znajdą się takie osoby, którym on przypasuje.

Wracając jeszcze do samej zbrodni, teoretycznie stanowi ona główny wątek powieści. Z tym, że w dużej mierze autor skupia się na życiu Ewy i jej przyjaciółek, skandalach i romansach, które jakkolwiek złe, zawsze przewidywalnie kończą się załagodzeniem sprawy i ostatecznym happy endem, zresztą podobnie jak samo zakończenie książki. Spodziewałam się jakiejś wielkiej tajemnicy związanej ze zniknięciem Schonenbacha, czegoś zagadkowego i nietypowego, ale niczego takiego nie było. Sam motyw przestępców wydał się trochę rozmyty i w sumie mało skomplikowany.


Książki osobiście nie polecam. Chyba pokładałam w niej zbyt wielkie nadzieje i dlatego się rozczarowałam, jednak patrząc wyłącznie na opis na okładce, jak i samą oprawę graficzną można by się dużo po niej spodziewać. Niestety tak nie jest, mnie ona nie urzekła, ale kto wie… może komuś jednak przypadnie do gustu.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Harlequin Mira.

środa, 3 września 2014

„Spirala zbrodni” – Tami Hoag







Tytuł: Spirala zbrodni
Autor: Tami Hoag
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Harlequin Mira
Liczba stron: 432






Po makabrycznym morderstwie rodziny Haasów do aresztu trafia znaleziony na miejscu zbrodni, bezdomny Karl Dahl. Mimo to brak znaczących dowodów obciążających podejrzanego wpływa na to, że sędzia Moore uznaje go za niewinnego i wypuszcza na wolność. Ta decyzja wpływa na ogólne oburzenie społeczeństwa przekonanego o winie Dahla, a sama sędzia staje się obiektem niechęci. Przejawia się to tym, że już po chwili zostaje zaatakowana i dotkliwie pobita przez zakapturzonego przestępcę. Dwójka detektywów Liska i Kovac zajmują się dochodzeniem w tej sprawie, co wcale nie jest łatwe, gdyż liczba podejrzanych, mogących mieć motyw zabójstwa sędzi, stale rośnie.

Muszę przyznać, że biorąc do ręki tę książkę nie spodziewałam się po niej niczego nad wyraz fascynującego. Ot, zwykły thriller uprzyjemniający popołudnia, ale… zaskoczyłam się. I to pozytywnie! Zacznę od tego, że autorka napisała niezwykle wciągającą publikację. Już dawno przy czytaniu jakiejś książki nie miałam tak, że nijak nie mogłam się od niej oderwać. Wmawiałam sobie, że czytam już ostatni rozdział, a potem… że jeszcze jeden i jeszcze jeden i jeszcze jeden i jeszcze… Wpływ na to mają m. in. rozmiary rozdziałów, które mimo że są krótkie, to każdy z nich ujawnia jakąś interesującą informację i sprawia, że nie sposób powieści ot tak odłożyć na półkę.

„[…] na tym właśnie polega odwaga: robić to, czego się boisz, ale wiesz, że jest słuszne. Nie ma odwagi bez strachu.”

Książka rozpoczyna się opisem zwłok znalezionych w domu Haasów. Są one potraktowane w sposób budzący grozę i niejakie oszołomienie. Od początku widać, że zbrodniarz to nie zwykły, nudny czy przypadkowy morderca, a postać o skrupulatnie obmyślonej strategii działania i bądź co bądź dużej inwencji.

Bardzo podobały mi się opisy poczynań Karla Dahla, ukrywającego się tu i ówdzie po ucieczce policji. Ciekawe były jego pomysły na metamorfozę, mimo że niektóre odstręczające, ale czego się nie robi, by nie zostać znalezionym? A jego ostatni kamuflaż był niezwykle kreatywny i wprost nie do uwierzenia. Jego losy i dążenie do celu wykazały też, że z psychiką miał mimo wszystko coś nie tak.

Co mnie w tej książce zaskoczyło nieco negatywnie i zastanowiło to zachowanie detektywa Kovaca względem męża sędzi Moore. Mimo że małżonek miał mało wspólnego z moralnością, był jednym z podejrzanych, a policjant szczerze go nienawidził, to nie uważam, by to co robił Kovac było normalne. Zachowywał się wobec niego, mówiąc eufemistycznie, niemile i agresywnie, a jego taktyka zakrawała już o przemoc jeśli nie fizyczną to psychiczną. Wcześniej nie spotkałam się z książką, w której policjant dopuszczałby się takich czynności wobec człowieka, którego nawet nie złapał na gorącym uczynku, dlatego było to… co najmniej dziwne.

Pomijając tę kwestię, detektywi Kovac i Liska tworzyli świetną i zgraną parę partnerów policyjnych. Ich dialogi zgodne z przysłowiem „kto się lubi, ten się czubi” stanowiły niemałą dawkę humorystyczną, urozmaicającą ponure śledztwo. W książce znajduje się też trochę wulgaryzmów, które jednak wpływają na to, że akcja jest jeszcze bardziej rzeczywista i nieugrzeczniona, a także niebezpieczna.

Trochę w tej powieści również wątków o pornografii, poczuciu niesprawiedliwości i chęci wymierzenia jej na własną rękę, a także miłosnych, toteż każdy znajdzie w niej coś dla siebie.


Do przeczytania książki jak najbardziej zachęcam. To na pewno nieprzeciętny, niezwykle wciągający i trzymający w napięciu thriller, także dla fanów tego gatunku lektura jak najbardziej wskazana.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Harlequin Mira.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

„Morderstwo w Orient Expressie” – Agatha Christie







Tytuł: Morderstwo w Orient Expressie
Autor: Agatha Christie
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Dolnośląskie
Liczba stron: 264






Moja przygoda z twórczością Królowej Kryminału rozpoczęła się na początku gimnazjum. Nie pamiętam, którą jej książkę przeczytałam jako pierwszą, ani jakie wywarła na mnie wrażenie. Domyślić się można, że raczej dobre, skoro przez następnych parę lat, nie wychodziłam z biblioteki bez którejś z jej książek. W końcu jednak co za dużo to nie zdrowo. Twórczość Agathy Christie mi się przejadła i przez długi czas nie istniał też dla mnie taki gatunek jak kryminał. Jednak do czasu. Kiedy „Morderstwo w Orient Expressie” pojawiło się niedawno w sprzedaży razem z jakimś magazynem w niskiej cenie, nie mogłam z takiej okazji nie skorzystać.

Pociąg Orient Express w drodze do Europy wiezie ze sobą wielu pasażerów różnej narodowości. Wśród nich znajduje się detektyw Poirot, który wraca do domu po rozwiązaniu zagadki w Azji. Jeden z podróżujących, milioner, Samuel Ratchett zwraca się do niego z prośbą o pomoc przy wykryciu autora listów z pogróżkami, jakie dostaje. Detektyw nie godzi się jednak na to. Następnego dnia okazuje się, że pociąg został unieruchomiony przez zaspę śniegu, a Ratchett zamordowany. Poirot zabiera się za rozwiązanie zagadki śmierci milionera, jednak nie jest to łatwą sprawą, gdyż każdy z pasażerów posiada na czas zbrodni mocne alibi. Dochodzenie wykazuje, że Ratchett tak naprawdę nazywa się Casetti i przed laty był okrutnym mordercą, zatem jego zabójca mógł działać z chęcią zemsty.

Pamiętam jak tych parę lat temu, w przeciwieństwie do wielu ludzi, nienawidziłam Herkulesa Poirota. Zdecydowanie wolałam postać panny Marple, a kiedy natrafiałam na jego nazwisko w książce, automatycznie trafiał mnie szlag, bo jego osoba wybitnie działała mi na nerwy. I w sumie teraz sama nie wiem dlaczego, ponieważ w „Morderstwie w Orient Expressie” detektyw ten nie wyzwalał we mnie tak negatywnych uczuć.

Akcja książki rozgrywa się w ciekawym miejscu. Zwykle czytałam o zbrodniach popełnianych w domach ofiar bądź miejscach ich pracy, także śledztwo na terenie pociągu wydawało się czymś nowym i niespotykanym.

Książka ta trzyma w napięciu aż do ostatnich stron, jednak nie mogę napisać, że cała jej fabuła jest nad wyraz interesująca. Może to kwestia tego, iż jest to kryminał w czystej postaci bez domieszki jakichkolwiek innych gatunków. Nie występują w nim jakiekolwiek wątki poboczne i nie ma opisanych relacji między bohaterami. Większa część książki jest złożona z zeznań świadków w formie dialogów. Ktoś, kto zapatrzony jest w wątki typowo kryminalne, będzie tą książką prawdopodobnie zachwycony. Mnie jednak brakowało w niej czegoś, jakiegoś urozmaicenia przerywającego monotonny bieg śledztwa.


Jeśli jednak jestem w stanie narzekać na akcję książki, to zdecydowanie nie mogę niczego zarzucić zakończeniu i rozwiązaniu zagadki. Jest ono całkowicie zaskakujące i nietypowe. Ciężko jest wskazać właściwego zabójcę, ponieważ jak się okazuje sprawa jest ściśle złożona i skomplikowana.

poniedziałek, 28 lipca 2014

„Perfekcyjna kobieta to suka” – Anne-Sophie Girard, Marie-Aldine Girard







Tytuł: Perfekcyjna kobieta to suka
Autor:
Anne-Sophie Girard, Marie-Aldine Girard
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Feeria
Liczba stron: 160






Zazwyczaj czytam książki smutne, druzgoczące, o problemach i najlepiej przy tym wszystkim jeszcze bez happy endu. Co mnie zatem podkusiło, żeby sięgnąć po pozycję o zgoła innej tematyce? Otóż już sam jej tytuł, chwytliwy i figlarny, obok którego ciężko było mi przejść obojętnie.

Książka ta, jak napis na jej okładce wskazuje, to „Poradnik przetrwania dla normalnych kobiet”, chociaż z typowym, poważnym poradnikiem ma ona jednak mało wspólnego. Mimo że zawiera sporo rad i zasad, teorii i kompleksów, a nawet wykresów i testów, należy podchodzić do nich wszystkich z wielkim przymrużeniem oka.

Szczerze powiedziawszy miałam przed tą książką pewne obawy. Zastanawiałam się czy nie napotkam w niej głupawego humoru, któremu bliżej będzie miana żałosności niż zabawności, jednakże moje obawy okazały się niesłuszne. Już od pierwszych stron książka sprawiła, że uśmiech wykwitł mi na twarzy i właściwie nie schodził z niej aż do końca lektury.

Może nie w każdym opisywanym przypadku, lecz na pewno w wielu z nich jesteśmy w stanie utożsamić się z normalnymi, nie perfekcyjnymi kobietami, śmiejąc się z komicznych zachowań, jakie same poczyniamy. W opozycji do postępowania niewiast nieidealnych mamy również przedstawione przykłady stylu życia pełnych sukcesów kobiet perfekcyjnych czyli suk, również obdarzone niemałą dawką humorystyczną.  

Dzięki książce dowiemy się między innymi, czy mamy gówniane życie, jakim cudem ludzie sprawiają, że wierzymy w ich fantastyczne życie, czy jesteśmy już „za stare na te głupoty”, jak bosko wychodzić na zdjęciach, jak zachować godność w stanie upojenia alkoholowego, a także wiele innych rzeczy.

Jeśli można mówić o minusach tej pozycji  to jest nim to, iż jest ona bardzo krótka i czyta się ją błyskawicznie. Chętnie spędziłabym dłuższy czas przy tej zabawnej lekturze, jednakże niestety nawet się nie obejrzałam, a już dobiegłam z nią końca.

Książka zawiera w sobie również pewien wartościowy przekaz. Zachęca do podchodzenia z dystansem do świata jak i samej siebie. Pokazuje, że życie innych mimo iż często wydaje się idealne, to tak naprawdę jest to tylko kwestia punktu widzenia i często wcale nie jest tak kolorowe, jak w to wierzymy. I wreszcie nawołuje do zatrzymania się w odwiecznym dążeniu ku perfekcji, zaakceptowania swojego życie takim, jakie jest i pokochania nieidealnej siebie.


„Perfekcyjna kobieta to suka” to krótka, lekka i przyjemna lektura z ogromną dawką humoru, wprost idealna na poprawę nastroju.

piątek, 30 maja 2014

„Wyścig ze śmiercią" - Erica Spindler







Tytuł: Wyścig ze śmiercią
Autor:
Erica Spindler
Rok wydania: 
2014
Wydawnictwo: 
Harlequin Mira
Liczba stron: 480






Pastor Rachel Howard w niewyjaśnionych okolicznościach znika z pozoru spokojnej wyspy Key West. Jej siostra Liz, chcąc ją odnaleźć, przeprowadza się na wyspę, by na własną rękę poprowadzić śledztwo w tej sprawie. W tym samym czasie z niewiadomych powodów samobójstwo popełnia pełen sukcesów, lubiany przez miejscowych bankier. Policja próbuje rozwikłać, czy nie było to czasem zabójstwo, kiedy dochodzi do drastycznego morderstwa nastoletniej Tary. Jak się okazuje, dziewczyna należała do sekty i wszystko wskazuje na to, że to jej członkowie mogą być odpowiedzialni za jej śmierć. Z dnia na dzień przybywa coraz więcej dowodów, które jednak trudno połączyć w logiczną całość, a spokojna wyspa Key West przeradza się w miejsce rodem z horroru.

Erica Spindler to znana, amerykańska pisarka, o której książkach słyszałam już wiele pozytywnych opinii. Mimo to nigdy wcześniej nie miałam okazji sięgnąć po żaden z jej thrillerów, toteż kiedy nadarzyła się ku temu możliwość od razu z niej skorzystałam, by osobiście zapoznać się z twórczością tej autorki.

Muszę przyznać, że książkę czyta się bardzo szybko. Może nie już od pierwszych stron, jednak kiedy pojawiają się kolejne niewiadome, akcja staje się coraz bardziej wciągająca, zachęcając czytelnika do poznania prawdy, a kolejne strony przelatują nie wiadomo kiedy. Cała publikacja napisana jest językiem łatwym i trafiającym do czytelnika.

Co mnie najbardziej w niej zaciekawiło to wątek tajemniczej sekty o podłożu satanistycznym, a także rytuały jakim byli poddawani jej członkowie. Jak dla mnie jednak motyw ten mógłby być bardziej rozwinięty. W książce stanowił tylko niejako tło powieści i brakowało mi w niej szczegółów z nim związanych.
Tuż obok wątków kryminalnych rozgrywa się również romans głównych bohaterów, który urozmaica akcję książki.

Co do rozwiązania tego, kim jest morderca, to stanowi ono niemałe zaskoczenie. W trakcie czytania obstawiałam wielu potencjalnych zabójców, jednakże osobę naprawdę odpowiedzialną za zbrodnię w życiu bym nie posądziła. Mimo niewiarygodnego rozwiązania, sam zbrodniarz zostaje zasugerowany czytelnikowi już na jakieś 100 stron przed końcem książki, co uważam za jej duży minus. Według mnie, jak na kryminał przystało, fabuła powieści powinna trzymać czytającego w niepewności aż do ostatnich stron, dopiero wtedy wyjaśniając zagadkę. Tutaj jednak było inaczej, co znacząco ochłodziło jej akcję. Sam motyw zbrodni również nie stanowił wielkiego szoku.

Mimo nie do końca satysfakcjonującego zakończenia, myślę, że kiedyś jeszcze sięgnę po którąś z książek tej pisarki. W końcu nie bez przyczyny musiała uzyskać miano bestsellerowej autorki, także może przy innych tytułach się nie zawiodę.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu: