sobota, 9 marca 2019

Styczeń i luty 2019 - podsumowanie!

Pierwsze 2 miesiące nowego roku za nami :) Przez ten czas miało się porządnie zadziać - z początkiem roku miałam duże, świetlane plany. Wymyśliłam sobie "nowy świat" - nową pracę, studia podyplomowe i wyprowadzkę do innego miasta. Niestety pomimo moich starań każda z tych spraw spaliła na panewce... trudno, odpuszczam. Wychodzę z założenia, że widocznie los ma dla mnie w zanadrzu coś lepszego.

Wraz z końcem stycznia moja umowa na zastępstwo wygasła i musiałam się pożegnać z moją dotychczasową pracą. Mam świetne wspomnienia, a szczególnie obraz tego jak powinna wyglądać prawdziwa, porządna praca. Z jednej strony to dobre, z drugiej nie, bo pewnie nic już nie będzie w stanie na mnie zrobić takiego wrażenia, ale trzeba iść do przodu. Na zakończenie pracy zgodnie z lokalnym patriotyzmem dostałam biżuterię z węgla :) A także książkę - "Otoczeni przez psychopatów" jako drugą część czytanych przeze mnie wcześniej "Otoczonych przez idiotów". W międzyczasie dostałam ofertę i już za parę dni zaczynam nową pracę.

KSIĄŻKI
Jeśli chodzi o książki to od przeszło roku wdarł mi się pewien nawyk i z uporządkowanego czytania książek do początku do końca i dopiero wyboru kolejnej, zmieniło mi się to na „skakanie” od jednej pozycji do drugiej i czytanie kilku książek równocześnie. Na pewnym etapie upatrywałam w tym sporo plusów, obecnie coraz bardziej zaczyna mnie to męczyć, bo sporo mam rozpoczętych i niedokończonych. Ostatnio kolega przedstawił mi buddyjski test efektywności i chyba powoli zaczyna do mnie docierać, że taki sposób ma więcej minusów niż plusów. Zatem mój cel na przyszłość to uporządkowanie pod względem czytania. Z przeczytanych książek w całości na ten okres mam 3 - "Otoczeni przez idiotów", "Otoczeni przez psychopatów" i adekwatnie do postanowienia "Slow life. Zwolnij i zacznij żyć". 


RESTAURACJE
Zaplanowałam sobie, że 2019 będzie dla mnie rokiem doświadczania nowych rzeczy. Ucinam ograniczenia i blokady, a wszystkim nowym sytuacjom zamierzam mówić "tak". W nowy rok zatem weszłam z postanowieniem odwiedzania nowych restauracji i próbowania nowych jedzeń, co też udało mi się uskuteczniać. Poniżej moje odwiedziny, głównie w Katowicach:


- "Upojeni" - mają fajną akcję, bo do godz. 18 przy zakupie drugiego dania, zupę można kupić za 1 zł. Jak za zupami nie przepadam, tak te były całkiem ok. Trochę przypominały przeciery dla dzieci, ale naprawdę były całkiem smaczne. Z kolei na drugie danie wzięłam burgera i był dość spalony i niestety niezbyt polecam.
- "3 siostry" - mają całkiem dobre bajgle, ale biorąc pod uwagę mały rozmiar, cena jest trochę wygórowana. Plusem jest uroczy wygląd lokalu - jeśli dla kogoś ważne są walory estetyczne, to na pewno warto odwiedzić.

- "Fit Fat" - knajpa z klasycznymi meksykańskimi potrawami. Zdjęcie poniżej to niby zestaw dla 2-3 osób, ale szczerze mówiąc, najeść to by się tym można było chyba tylko w pojedynkę. Fajną sprawą jest to, że w skład niego wchodzi burrito, taco, enchilada, nachosy, salsy i sok, więc można różnych rzeczy popróbować.
- "Kafej" - zamówiłam tam gofra z jajkiem i bekonem i gdy do mnie przyszedł... byłam zaskoczona. Na zdjęciu tak nie wygląda, ale gofr był naprawdę wielki i sycący. Nieco kłóciło mi się połączenie wytrawnych dodatków ze słodkim gofrem, ale i tak lokal na duży plus i na pewno go jeszcze odwiedzę.
- "Aioli" - czyli włoski lokal niestety z wysokimi cenami, ale za to ciekawymi, nietypowymi potrawami. Na zdjęciu zielona kawa z matchą, mlekami roślinnymi i... masłem. Smakowała specyficznie, ale ja żyję nowymi smakami i doświadczeniami, więc byłam zadowolona. Prócz tego zjadłam pizzę m.in. z bekonem, gruszką i karmelizowaną cebulą - mega smaczna. Następny raz pójdę tam na mule :)
- "Pożegnanie z Afryką" - to kawiarnia w Krakowie z kawami z różnych krajów świata i parzonymi różnymi metodami. Akurat kawiarnia brała udział w jakimś konkursie i pilotażowo wykreowała nową kawę - z espresso, tequilą, miodem, bitą śmietaną, bryłkami soli, pomarańczą i cynamonem. Świetne połączenie smakowe, a przy tym sama kawa kosztowała 7 zł - genialnie :) 
- "Shrimp house" - no ok, tu nie byłam po raz pierwszy, ale w ramach mojej "powypłatowej tradycji", którą już raczej zakończę. Fajny lokal z serwowanymi samymi daniami z krewetek, ale po wypróbowaniu różnych moim nr 1 jest "Tempura shrimp" - najsmaczniejsze i najbardziej opłacalne. Inne nie zrobiły na mnie większego wrażenia. W dodatku wysokie i tak ceny ostatnio jeszcze podrożały... słabo.
Oprócz tego byłam też na festiwalu pizz w Pizza Hut.

SPORT
Jako że moim postanowieniem na 2019 jest ćwiczenie kręgosłupa, parę razy byłam na zajęciach o nazwie „Zdrowy kręgosłup”, a także pochodziłam trochę na basen.

W zeszłym roku pierwszy raz w życiu uczyłam się jeździć na nartach i zapamiętałam to jako mocno stresujące i przerażające doświadczenie. W tym roku sezon narciarski rozpoczęłam od wyjazdu do Czech, a tamtejszy stok sprawił, że zaskoczyłam się pozytywnie. Po tym jeszcze kilka razy udało mi się na nartach w Polsce pojeździć. A sezon zakończyłam, tak jak i zaczęłam - stokiem w Czechach.

Oprócz tego pierwszy raz grałam w squasha - było więcej śmiechu niż samej gry, ogółem fajne zrobiło na mnie wrażenie, prócz tego, że miałam gigantyczne zakwasy, a ręka trzęsła mi się przez kolejne 3 dni ;p

Byłam też w parku trampolin - chyba jako jedna z nielicznych dorosłych.

I parę razy na łyżwach.


Z filmów udało mi się pójść do kina na Glass - specyficzny, średnio oceniam.

Oprócz tego widziałam też Banderstach, czyli film w którym to co jakiś czas widz ma 2 opcje wyboru dalszego ciągu filmu - świetny pomysł, chociaż sama fabuła miała trochę mankamentów.

Oprócz tego wreszcie po intensywnych analizach i 11 latach ze starym laptopem - kupiłam nowy. Komfort pracy świetny.

I to by było na tyle w styczniu i lutym!

piątek, 1 lutego 2019

"Polskie morderczynie" - Katarzyna Bonda






Tytuł: Polskie morderczynie
Autor: Katarzyna Bonda
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 446







"Polskie morderczynie" - tytuł szumny, przyciągający, a zarazem jedna z pierwszych książek poczytnej obecnie autorki kryminałów Katarzyny Bondy. Pomimo że z samym gatunkiem literackim dosłownie rozumianym ma raczej mało wspólnego, tak stanowi zbiór kilkunastu różnych opowieści kobiet, które faktycznych morderstw się dopuściły.

Książka powstała w wyniku rozmów autorki z więźniarkami i akt sądowych. Pisarka dała każdej z kobiet prawo wypowiedzi i przedstawienia własnej wizji sprawy. Na samym początku trzeba przyznać autorce, że pomysł na książkę był niezwykle trafny, ciekawy i wyszukany. Podobnie jak Katarzynę Bonda, mnie również zaciekawiło, co skłoniło opisane kobiety do morderstwa, jakie były ich motywy, czy zbrodnie były szczegółowo zaplanowane, czy może doszło do nich raczej spontanicznie... Toteż czym prędzej wzięłam się za czytanie.

Początkowo byłam zafascynowana tą książką i każdą historię czytałam z zapartym tchem. Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać pewne analogie i dochodzić do wniosku, że historie te są dosyć schematyczne. Kobiety głównie zabijały na tle emocjonalnym, przede wszystkim mężczyzn, w większości swoich partnerów... 
Trochę rozczarowało mnie, że nie została ukazana żadna skomplikowana historia i przemyślane, długo opracowywane morderstwo. Z drugiej strony tłumaczę sobie, że moje podejście i oczekiwania wynikają pewnie z przyzwyczajenia do czytanych fikcyjnych, wymyślnych kryminałów.
Przechodząc do analizy, część morderstw dokonana została z nienawiścią i zwierzęcą wrogością, często pod wpływem kaprysu. Inne znowu powstały na skutek latami trwającej przemocy fizycznej i psychicznej. Te drugie często wywoływały współczucie i ciężko obarczać kobiety pełną winą za nie.

Nie trudno zauważyć, że prawie wszystkie morderczynie wywodziły się z rodzin patologicznych bądź też w późniejszych latach wchodziły w otoczenie alkoholizmu, narkomani, przemocy.

Podsumowując, "Polskie morderczynie" to interesująca pozycja, w którą warto się zagłębić. Stanowi swego rodzaju studium psychologiczne, przybliżające motywy morderczyń. Trochę rozczarowuje jednak schematycznością.

wtorek, 1 stycznia 2019

Rok 2018 - podsumowanie!


2018 był świetnym rokiem wielu pozytywnych chwil, nowych doświadczeń i rozwoju, z którego jestem bardzo zadowolona. Właściwie to chyba jeden z moich ulubionych okresów… nastąpiło wiele zmian i sporo ciekawego się wydarzyło. Oczywiście jestem taką osobą, że wiecznie mi wszystkiego mało i ciągle chcę, żeby się coś działo, więc mój problem, to że ciągle mam jakiś niedosyt, ale próbuję z nim walczyć. Mimo wszystko nie mogę narzekać na ten rok.

OBSZAR ZAWODOWY

Zostałam magistrem! Wiele osób mówiło, że studia to zabawa, a żeby wylecieć z mojej uczelni potrzeba przynieść akt zgonu. Po czasie jednak i patrząc z innej perspektywy, nie zamierzam niczego sobie umniejszać i muszę stwierdzić, że było to 5 lat relatywnie intensywnej nauki, stresu i działania pod presją. Jestem z siebie dumna i cieszę się, że mam już ten etap za sobą, bo szczerze mówiąc, był on mocno ograniczający, absorbujący i nużący. 
Po drugie - wraz z zakończeniem studiów skończyłam pracę dodatkową i zaczęłam pracę na pełny etat. Co zabawne za młodu moim marzeniem było, żeby zacząć pracować w tym miejscu. Po latach moje nastawienie mocno się zmieniło i przyjmując się, byłam nastawiona dość sceptycznie. Ostatecznie jednak muszę przyznać, że wyszło mi to na dobre. Co prawda pracuję na umowę zastępstwo i za chwilę skończy się moja przygoda z tym miejscem, ale cieszę się, że swoją pierwszą prawowitą pracę rozpoczęłam od porządnej korporacji.


LUDZIE 
Im dłużej żyję, tym ludzie stanowią dla mnie coraz to większą zagadkę. Są osoby “proste w obsłudze”, które wiedzą czego chcą od życia, mają jasno sprecyzowane cele i klarowne intencje, więc łatwo się z nimi dogadać. A są też osoby, które żyją w jakimś zawieszeniu i chyba nigdy same nie wiedzą czego do końca chcą. I mogę analizować ich zachowanie na milion sposobów, a chyba i tak nigdy żaden logiczny wniosek mi z tego nie wyjdzie. Wszak mówi się, że człowiek to najbardziej zaskakująca istota, więc chociaż to irytujące to z drugiej strony i intrygujące i czasem moim marzeniem byłoby wejść w ludzkie umysły i poznać ich tok myślenia. Stąd po prawej mój prezent bożonarodzeniowy, a zarazem lektura na kolejne dni o w punkt ujętym tytule.

Wraz z nowym rokiem urwałam kontakt z totalnie obciążającą, niezdrową psychicznie osobą, z którą byłam bardzo blisko przez jakieś 8 lat. Początkowo mocno mnie to bolało, jednak jak widać wszystko w życiu ma swoje znaczenie. Pod koniec roku próbowałyśmy odnowić kontakt, ale dystans sprawił, że pootwierały mi się oczy na różne sprawy i dopiero wtedy dostrzegłam jak negatywny wpływ miała ona na mnie, co niezależnie usłyszałam też z innych źródeł. Jak widać czasem warto zrobić ciężki i mało komfortowy krok, niż kończyć się i tkwić w jakimś bagnie.

Pomijając to, postanowieniem na 2018 rok była odbudowa kontaktów z 2 osobami. Z 1 z nich poszło relatywnie płynnie – trochę się pospotykałyśmy, zawsze z pozytywną energią i rzeczywistym zaangażowaniem, trochę pochodziłyśmy razem na fitness, a ostatnio dostałam nawet zaproszenie na jej urodziny. Z drugą poszło gorzej, ale i tak wszystko jest na dobrej drodze. Celem na kolejny rok jest zatem kontynuacja i umocnienie tych znajomości. 

Rok 2018 przekonał mnie też, że mam genialną przyjaciółkę z pierwszego zdarzenia, na którą naprawdę zawsze mogę liczyć. Uwielbiam jej pozytywną energię, otwartość na cały świat, zainteresowanie mnóstwem tematów i umiejętność słuchania. A dodatkowo za długie rozmowy z ogromem przemyśleń i pokrętnych analiz. Ale chyba najbardziej za to, że na jakikolwiek dziwaczny pomysł bym nie wpadła, to zawsze jest chętna na jego realizację i nie szuka żadnego “ale”. Po tym roku dodatkowo cenię za mega wsparcie i cierpliwość. Po czasie stwierdzam, że na jej miejscu wzięłabym i mi w końcu przyłożyła. Najlepiej z kałacha :)

W tym roku jeszcze bardziej doceniłam moją rodzinę. Mamy mega siłę i zawsze będziemy trzymać się razem. Częściowo też zbliżyłam się do osoby z rodziny, z którą akurat dzielił mnie spory dystans. Zabawne jest to, że czasami wystarczy tylko zmienić optykę i spróbować zrozumieć drugiego człowieka, a problemy i zastrzeżenia wydają się urojone i totalnie niepotrzebne.
ROZWÓJ
Gdzieś na przestrzeni roku porzuciłam dotychczas czytane książki i skupiłam się na popularnonaukowych/motywacyjnych/psychologicznych. Dały mi pozytywne natchnienie i poczucie, że się rozwijam i idę do przodu. Ciąg tego typu lektur wyrwał mnie też nieco z myślenia lateralnego i zmusił do podświadomych rozmyślań, jak każdą książkę, treść, informację mogę w życiu wykorzystać i w jaki sposób ją zmodyfikować, by do czegoś doprowadzić. Im więcej czytam, tym większy mam głód wiedzy, bo dostrzegam coraz to więcej rzeczy do ulepszenia w życiu, stąd 2019 na pewno będzie pełny w książki z tego obszaru. Dodatkowo mam postanowienie, by przeszkolić się i przyłożyć w temacie medytacji.
Rok 2018 był też rokiem poszukiwań skutecznego sposobu na zarządzanie czasem własnym. Na przestrzeni lat próbowałam działań z różnego typu kalendarzami ściennymi i zeszytowymi, kartkami z listą zadań, działaniem z aplikacją todoist, typowo korporacyjnymi metodami z obszaru agile... W końcu ostatecznie uznałam, że wszelkie papierowe formy organizacyjne to przeżytek i skupiłam się na 2 narzędziach – kalendarzu Google, który daje mi ogólny ogląd moich planów w perspektywie co najmniej miesiąca oraz Google Keep, gdzie zamieszczam wszystkie swoje pomysły czy zadania do zrealizowania bez określonego terminu. Póki co te metody są dla mnie jak najbardziej odpowiednie.  

Zainspirowana książką „Bogaty ojciec, biedny ojciec” oraz poczuwając się do odpowiedzialności płynącej ze świeżo nabytego tytułu magistra finansów, miałam taki etap w tym roku, że dosłownie „wpadałam w paranoje” na myśl, że pieniądze leżą mi na koncie, a nie pracują. W efekcie póki co pozostałam na etapie wykorzystania lokat. Przejrzałam więc całą ofertę depozytową banków, otworzyłam nowe konto, założyłam 2 lokaty, a kolejno opracowałam prognozę oszczędnościową na cały kolejny rok przy wykorzystaniu różnych wariantów lokat. A później zaczęłam spisywać i monitorować swoje wydatki w ujęciu miesięcznym, wychodząc z założenia, że warto mieć świadomość odnośnie własnych finansów.

2018 r. był też obfity w sport. Mniej więcej od sierpnia przyznany mi został OK System i dla mnie to dosłownie genialna opcja i spełnienie marzeń sprzed lat. Ponadto wypróbowałam parę nowych sportów. Pierwszy raz w życiu jeździłam na nartach. Koleżanki odkryły takie miejsce jak wrotkarnia i parę popołudni, jeżdżąc na wrotkach w rytm muzyki też tam spędziłyśmy. 2 razy byłam na spływie kajakowym. A na urodziny dostałam rolki, więc całe lato to była szkoła jeżdżenia. No i nie spodziewałam się, ale bez większego świadomego zaangażowania spełniłam swoje postanowienie na 2018 i zwiększyłam swoją masę mięśniową o 5 kg. Ale nie tak to sobie wyobrażałam, więc postanowienie na 2019 to będzie o 5 kg utrata :D Żartuję, ale na pewno skupię się na pewnych modyfikacjach. Ponadto moim postanowieniem z pewnością będzie nacisk na ćwiczenie kręgosłupa i generalnie pleców.









  
 



WYJAZDY 
W roku 2018 miałam też możliwość realizowania się w czymś, co sprawia mi ogromną radość czyli wyjazdy. Małe czy duże – nieważne, ważne, żeby odciąć się od rutyny, wyjechać, zobaczyć i zrobić coś nowego i ciekawego. W postanowieniach na rok 2018 wyznaczyłam sobie parę destynacji i oprócz 1 miejsca wszystkie z nich zaliczyłam. Ale to wcale nie koniec, bo zwiedziłam dużo więcej miejsc, niż sobie zaplanowałam.


Gdańsk – nietypowo bo zimą (w lutym) zwiedziłam Trójmiasto. Wyjazd ten wspominam z ogromnym sentymentem i pamiętam z niego mnóstwo szczegółów. Robiąca wrażenie starówka i nieznane przeze mnie wcześniej Centrum Hewelianum. Ale najlepszy w  tym wszystkim był sam widok morza. Całodniowy spacer plażą i przeprawa przez zawalony klif, a na koniec smażony dorsz i grzaniec były świetną odskocznią bezpośrednio po sesji egzaminacyjnej i tuż przed rozpoczęciem nowego semestru studiów. Pamiętam jak całą noc wracałyśmy pociągiem, by dojechać na 6 rano i o 8 rozpocząć zajęcia :D Ostatnio przyjaciółka rzuciła propozycję wyjazdu: „tylko gdzie? Może znowu nad morze, bo przecież nie jesteśmy normalne, to nie możemy pojechać jak wszyscy latem, tylko musimy zimą” :) Coś w tym jest, ale z autopsji mogę jedynie stwierdzić, że morze zimą ma w sobie coś magicznego.
Lwów – wstyd się przyznać, ale pod względem zwiedzania ten wyjazd trochę kulał. Jednak niskie ceny do czegoś zobowiązują, więc odwiedziłam sporo nietypowych i dziwnych knajp z ciekawymi motywami, a tych w samym Lwowie całe mnóstwo i na pewno warto pojechać choćby tylko dla nich. Niczym z dedykacją dla mnie czyli miłośnika mięsa jedna z restauracji gdzie kat chodził z siekierą nazywała się „Mięso i Sprawiedliwość”, którą to oczywiście musiałam odwiedzić. Z bardziej godnych pochwalenia się rzeczy to 1-szy raz w życiu byłam w operze, która… zamiast 2 h trwała 4.
Kraków – przy ograniczonym w tamtym okresie czasie, a żeby uczcić swoje urodziny, zdecydowałam się na szybki wyjazd właśnie tam. Klasycznym punktem był Wawel, za to nowością było odwiedzenie świetnej kawiarni na dachu 1 z budynków z widokiem na Kraków oraz odwiedzenie Kopca Kościuszki.
Cieszyn – to było zwiedzanie zgodnie z zasadą małe miasto=mały wyjazd. Główne punkty to rynek i klasyczne rotundy oraz przejście na czeską stronę i jedzenie różnych czeskich wynalazków. Oczywiście w moim stylu nie obyłoby się bez przypału, więc 1-szą przeszkodą był problem z transportem, a drugą… wizyta na komisariacie :D 
Wrocław – to był stricte towarzyski wyjazd. Wraz z przyjaciółką zainspirowane lekko ideą filmu „Jeden dzień” wymyśliłyśmy, żeby ustanowić sobie tradycję, by co roku spotykać się w określonym miejscu. Przez długi czas miałyśmy taki problem, że nie umiałyśmy wymyślić jakie by to miejsce miało być. Ostatecznie w okolicach sierpnia stwierdziłyśmy, że skoro w zeszłym roku w podobnym terminie byłyśmy już we Wrocławiu, to czas tę tradycję kontynuować. Więc klasycznie siedziałyśmy i piłyśmy nad Odrą, podziwiając z oddali Ostrów Tumski
Skrzyczne – to był typowo rodzinny wyjazd, na który załapał się nawet mój 9-letni kuzyn, z którym to dla urozmaicenia biegałam po górach. Trochę męczące wejście na Szczyrk, ale widoki z niego a jeszcze lepsze z Malinowskiej Skały były tego warte. Ciekawą sytuacją było to, że moja mama spotkała na szczycie swoją kierowniczkę a ja kolegę z pracy. I chciej odpocząć od roboty, nie ma szans :D
Ostrawa – to był mega dziwny i mało zorganizowany wyjazd. Tak dziwnego, opustoszałego miasta dawno nie widziałam, a tak głupich problemów jeszcze dawno nie miałam. Powiedzmy, że jazda pociągiem w złym kierunku i ukrywaniu się w wc przed konduktorem to dopiero namiastka dziwności. Inną kwestią było picie 72% likieru, a jeszcze kolejną wylądowanie niemalże pod mostem. Jedyna moja konkluzja po tym wyjeździe? Już nigdy nie podejdę do żadnego wyjazdu z ignorancją i nie powierzę jego organizacji innym :D Na koniec usłyszałam “Co chcesz? Przygoda!”- to na pewno :)
Poznań – to był mój cel od długiego czasu. Początkowo wyszło nieco niefortunnie, bo niemalże spóźniłam się na pociąg, a w wyniku biegu na niego przez całą podróż miałam kaszel gruźlika. Później knajpa, którą chciałam odwiedzić, okazało się, że została sprzedana, a tarasy widokowe zostały zamknięte przed 16 laty. Na całe szczęście reszta potoczyła się zgodnie z planem, a nawet przebiła go. Odwiedziłam 2 muzea, byłam w innym punkcie widokowym, z którego mogłam podziwiać Poznań. Sam nietypowy rynek bardzo mi się spodobał, a kolorowe kamieniczki mnie zauroczyły. Nie obyłoby się bez pokazu koziołków i zjedzeniu rogali św. Marcina.
Wiedeń – na początku roku moja koleżanka przeniosła się do Austrii, więc oczywiście musiałam ją odwiedzić. Już tam parę lat temu byłam, a jako że miałyśmy mało czasu, z grubsza tylko zobaczyłyśmy piękny Schonnbrunn, wzgórze Kahlenberg, Belweder i zabytki w centrum. A poza tym zahaczyłyśmy o atrakcję na Praterze, Primark i multikulturową imprezę akademicką. Zjadłyśmy klasycznego wursta. I zrobiłyśmy sobie tysiąc zdjęć, bo obydwie miałyśmy berety, więc jak za starych lat udawałyśmy siostrzyczki i takiej okazji na zdjęcia nie mogłyśmy przepuścić. No i oczywiście nie byłabym usatysfakcjonowana bez świadomości mega efektywnego wykorzystania czasu, więc przy okazji wymyśliłam też, żeby odwiedzić Bratysławę i 1 dzień postanowiłyśmy przeznaczyć właśnie na nią. W rezultacie spałyśmy po 4-5 godzin, ale satysfakcja była. Na koniec koleżanka zaproponowała, żebym przyjechała do niej następnym razem na zwiedzanie kolejnych obszarów Austrii, więc chyba jeszcze nie znienawidziła mnie za to ciąganie jej we wszystkie możliwe miejsca. A ja oczywiście nie mogę już się doczekać Hallstattu i możliwe że Salzburga!
Bratysława – to małe, spokojne miasto, z kultowym ufo na moście i zamkiem królewskim w tle. Inne punkty to pałac prezydencki, wzgórze z widokiem na miasto, kościoły, sławne bramy i rzeźba wystająca z ulicy. Zjadłyśmy klasyczny smażony ser, wypiłyśmy słowackie piwo, a po północy ruszyłyśmy w drogę powrotną.
Toruń – to z kolei z jednej strony była ‘worst wycieczka ever’, ale za to dająca wiele do myślenia i utwierdzająca mnie w pewnych przekonaniach. Byłam w muzeum piernika ze świetnym pokazem i możliwością upieczenia własnego piernika. Ponadto pozwiedzałam starówkę i okoliczne zabytki oraz zawitałam na jarmarku.
Berlin – to był wyjazd pod kątem jarmarków, jednakże w porównaniu do zeszłorocznych w Dreźnie, te uplasowały się zdecydowanie niżej. Sam Berlin pod kątem zabytków wydał się monotonny i też jakoś nieszczególnie mnie zachwycił. Za to dziewczyny, z którymi byłam wniosły wiele urozmaiceń, więc i tak wyjazd na plus. 

Poza tym było trochę imprez – karnawałowa impreza hipisowska w mojej poprzedniej pracy, BeerFest, juwenalia, 2 wesela, komunia z tańcami do 2 w nocy, parę urodzin, uczta z okazji Dnia Chłopaka w mojej pracy ze smalcem w roli głównej <3, wyjazd integracyjny z obecnej pracy oraz impreza wigilijna w tejże, no i oczywiście mnóstwo pobocznych okazji do oblewania czy spotkań.

Dla zachowania równowagi i pozorów kultury 2 razy byłam też w teatrze, 1 w operze, kilka razy w kinie i w muzeach. Wraz z przyjaciółką po rozpoczęciu normalnej pracy i uzyskaniu godnych zarobków ustanowiłyśmy sobie nową, powypłatową tradycję i co miesiąc spotkamy się w knajpie na krewetkach. W planach na rok 2019 mam też systematyczne odwiedzanie nowych knajp, próbowanie nowych kuchni i jedzenie nowych potraw. 




A przesłanie na nowy rok? W wigilię przyprawiałam wszystkie potrawy, a że lubię ostre rzeczy, automatycznie dosypywałam wszędzie dużo pieprzu. Później wszyscy chcieli mnie zlinczować, że wszystko za ostre. A tata przy dzieleniu się opłatkiem złożył mi następujące życzenie: “nie popieprz tego życia jak dzisiejszych potraw” :D - i niechaj to będzie motto przewodnie na 2019 rok.