czwartek, 29 kwietnia 2021

Rok 2020 - podsumowanie!

Wiem, że mamy już koniec kwietnia i to na pewno nie czas na podsumowanie poprzedniego roku, ale... kto by się przejmował konwenansami. Ja po prostu muszę tu zawsze mieć jakieś podsumowanie. Chyba każdy zgodzi się, że 2020 był rokiem nietypowym i na pewno nie tak miał wyglądać. Jeśli chodzi o mnie myślałam, że będzie polegał na wariactwie w korporacyjnym kołowrotku z nagłymi skokami i spadkami adrenaliny, wyprawach we wszystkie możliwe zakątki świata (pierwsze loty już były zaklepane), hulaszczych imprezach z rodziną, spotkaniach na mieście i poznawaniu nowych ludzi. W końcu jestem młódka i z życia trzeba korzystać, ha!... hahaha

A jak potoczył się ten rok?

Po pierwsze zmieniłam prace. Tak sobie przeglądałam różne ogłoszenia i kiedy zobaczyłam pewną ofertę i firmę to moje serce zabiło mocniej i wiedziałam już, że ta praca musi być moja i... chyba sobie to przyciągnęłam, bo tak się właśnie stało! Praca okazała się dużo bardziej spokojna od poprzedniej, wiec na początku nosiło mnie po ścianach. Gdybym wtedy wiedziała, że już do końca roku a nawet i dłużej będę pracować zdalnie to chyba wyskoczyłabym przez okno... Na szczęście do wszystkiego człowiek jest się w stanie przystosować, a ja obecnie cieszę się z tego co mam i gdzie jestem. Mam coraz mniejszą ochotę na to, by gonić za tym co niedoścignione, wypruwać sobie żyły, udowadniać komuś coś na siłę, zakładać sztuczny uśmiech i robić dobrą minę do złej gry. Po prostu zwyczajnie mi się nie chce i tyle. Ja chcę po prostu i zwyczajnie czuć się dobrze.

W tym roku byłam też na 3 ślubach i weselach. 2 moich koleżanek i 1 mojej siostry, na którym to nawet pełniłam role świadka. Rola świadka to było dla mnie duże wyróżnienie i moje ciche marzenie, które się spełniło! Raz byłam już świadkiem na bierzmowaniu, teraz na ślubie i czekam tylko aż ktoś jeszcze weźmie mnie na matkę chrzestna i wtedy będę już w pełni szczęśliwa jeśli chodzi o pełnione funkcje. Cieszę się niezmiernie, że mogłam uczestniczyć w tych dniach, przybijam każdej z moich lasek pionę i ślę moc miłości. Dzisiejsze czasy są jakie są, ale uważam że małżeństwo o ile jest prawdziwe to takie upieczętowanie znalezienia bratniej duszy a znaleźć ja to coś genialnego.

Pandemia sprawiła, ze loty były ograniczone, wiec trzeba było się zadowolić tym co możliwe i w moim przypadku padło na Tatry. Chociaż za dzieciaka gór nie znosiłam, tak sierpniowa wyprawa sprawiła, że zauroczyłam się nimi. Udało się zaliczyć 2 szczyty Czerwonych Wierchów, w planach było też wejście na Szpiglasowy Wierch, ale mglista pogoda niestety to uniemożliwiła i trzeba było się zadowolić Doliną 5 Stawów, która jak dla mnie równie zniewalająca. Tak czy owak moje postanowienie na ten rok to zaliczyć 3 szczyty Tatr, a na liście 100 celów życiowych wylądowały Rysy oraz 1 ze szczytów Orlej Perci.

Pomimo obostrzeń udało się też polecieć na Majorkę. Szkoda że niestety nie w planowanym początkowo 10 osobowym składzie, ale i tak wyjazd był genialny. Rozbijaliśmy się busikiem wśród krętych dróg górskich, na przemian zachwycając się a to górami a to plażami. Każdy dzień był pełen zwiedzania i zachwycania się widokami przy akompaniamencie paelli i sangrii. Wyjazd bajka!

W 2020 wsiąknęłam totalnie w tematy związane z astrologią, numerologią i byłam nawet na kursie tarota. To genialne jak wiele rzeczy się potwierdza i jak duży wpływ może mieć układ planet w momencie naszego urodzenia. Czysta magia.  

Poza tym podsumowując 2019, napisałam sobie wtedy, że boli mnie, że nie udało mi się odciąć emocjonalnie od przeszłych nieprzyjemnych wydarzeń. W tym roku usilnie nad tym pracowałam, były różne lepsze i gorsze momenty, ale dużo rzeczy sobie przemówiłam do głowy i każdą negatywną myśl staram się ucinać w zarodku, wiem, że mam być sama dla siebie jak najlepsza i tyle. Głowa do góry, chociaż nie wszystko idzie jak z płatka, jestem wdzięczna każdej lekcji życia, skupiam się na teraźniejszości i wierzę po prostu, że kiedyś wszystko mi się w życiu pięknie ułoży, bo będę do tego dążyć i na to pracować. Ale nie szarpiąc się i walcząc za wszelką cenę jak bywało, a idąc za głosem intuicji i poddając się temu, co podpowiada mi moja dusza i ciało. "Na końcu wszystko będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec."

A teraz czym prędzej powrót do 2021, bo nie ma co za dużo skupiać się na przeszłości a trzeba żyć teraźniejszością. Jego początek rozpoczął się od morsowania i praktyki jogi, do której wcale nie byłam przekonana, ale zrobiłam pierwszy krok i... o niebiosa, wsiąknęłam totalnie! I póki co jestem zakochana w tym, co mi ona ofiarowuje. I mam już wiele przemyśleń w tym temacie. Także coś czuję, że ten rok będzie mocno kręcił się wokół jogi <3 No to hop w 2021 rok!

wtorek, 17 marca 2020

Sylwester w Pradze!

W dobie wszechogarniającego koronawirusa i zakazu wyjazdów - nie pozostaje nic innego jak jedynie wyjazdy powspominać. A ja powrócę zatem do Sylwestra w Pradze. Swoją przygodę rozpoczęliśmy od wyjazdu autokarem o 3 w nocy z 30 na 31 grudnia. Nocka w autokarze do najbardziej komfortowych nie należała, ale za to zaraz po wyjściu widok na miasto ją wynagrodził.
Naszym przewodnikiem był starszy Pan, którego energia i hart ducha nie opuszczały pomimo swojego wieku, stąd też zaraz po pokazaniu nam widoku uciekł, nie wiedzieć gdzie. Jak się później okazała to był dopiero początek jego znikania. Kiedy już go odnaleźliśmy wyruszyliśmy dalej na odkrywanie kolejnych zakątków Pragi.
Zwolenniczką kościołów nie jestem, a tych na naszej drodze widzieliśmy dość dużo. Jeden z ciekawszych zawierał dzieciątko Jezus zrobione ze… świecy. Nad tym kościołem znajdowało się muzeum z mnóstwem ubranek na zmianę właśnie dla tej figurki.

Koło 13 mieliśmy przerwę i wstąpiliśmy na burgery. Podobno Praga z nich słynie i rzeczywiście były pyszne! Wtedy też wreszcie doczekałam się pierwszej kawy tego dnia. Dla wypróbowania wzięliśmy 1 kawę eggnog, która w przeciwieństwie do burgerów… była okropna.
Najlepszym i najbardziej efektownym punktem był Most Karola. Zresztą co tu dużo opowiadać, widoki mówią same za siebie.
          
Na moście znajduje się figurka Jana Nepomucena, który był spowiednikiem żony króla i na prośbę o zdradzenie królowi grzechów jego żony, nie chciał tego zrobić i za nieposłuszeństwo wobec władcy został wrzucony do rzeki. Tradycja mówi, że jeśli pogłaszcze się figurkę, to spełni ona życzenie i… nie pozostaje nic innego tylko czekać na tego efekty!
        
        
Około 20 rozstaliśmy się z naszym przewodnikiem i do 1 w nocy mieliśmy czas wolny dla siebie i… oczywiście znów udaliśmy się na jedzenie :D Tym razem padło na typowo czeską kuchnię. Dostałam knedliki oraz mięso jagnięce z zaskakującym sosem piwno-miodowym. Muszę taki zrobić w domu! Pomimo małej porcji jedzenie było pyszne. Niemiłą niespodzianką było to, że na samym końcu okazało się, że nie można było płacić kartą, a czeskich koron już żadnych nie mieliśmy ;p ale na szczęście jakoś sobie poradziliśmy.
A o 12? Na placu Wacława przywitały nas fajerwerki i Nowy Rok!  
O 2 w nocy powróciliśmy autokarem do domu. To była bardzo fajna chociaż krótka i trochę męcząca wycieczka. Ale ciekawa alternatywa na spędzenie Sylwestra.

sobota, 18 stycznia 2020

Rok 2019 - podsumowanie!

Ostatnio u Aniamaluje przeczytałam "Aby coś zacząć, czasami trzeba coś skończyć. Dlatego dzisiaj masz za zadanie porządnie skończyć poprzedni rok." - a więc zakańczam. Jaki był dla mnie rok 2019? Szybki [i Wściekły]. Zaczął się całkiem powoli i spokojnie... ale później się rozkręcił i zaczął galopować.

Z czego jestem zadowolona/dumna/wdzięczna 2019?
- z wielu spotkań w rodzinnym gronie i możliwości zacieśnienia więzi z członkami rodziny, kiedyś tego nie doceniałam, ale dziś wiem, że rodzina jest najważniejsza i bardzo cieszę się, że mam w niej dobrych ludzi, którzy mnie akceptują, z którymi zawsze mogę porozmawiać, którzy są wokół i na których mogę liczyć. I każdemu będę polecać, by dbać, walczyć i wspierać swoją rodzinę, bo to ona jest naszym trzonem.
- z rozwinięcia umiejętności dawania ludziom wolności wyboru, odpuszczania, nie wcinania się i cieszenia się szczęściem innych, nawet jeśli nie idzie ono w parze z moim. Kiedyś zawsze musiałam wcisnąć swoje 3 grosze i wydać opinię na każdy temat i chociaż dalej mam niewyparzony język, to częściej staram się go trzymać za zębami. Zauważyłam tę zależność, że jeśli szczerze potrafisz się cieszyć czyimś szczęściem, to często ani się nie obejrzysz a zawita ono i u Ciebie.
- to miał być dla mnie rok próbowania nowych rzeczy i taki też właśnie był; wypróbowałam grę w squasha, tenisa, windsurfing, nightskating, ściankę wspinaczkową, jazdę na motorze, zorganizowane biegi, zwiedziłam dużo nowych miast, na własną rękę zorganizowałam wyjazd do Kazimierza/Sandomierza/Lublina oraz Londynu i Paryża, byłam na delegacji, odwiedziłam różne restauracje i wypróbowałam dużo nowych kuchni i nietypowych potraw (bycze jądra, ozór, mule, ślimaki i żabie udka :D), poznałam nowe osoby. I im więcej ma się takich doświadczeń i poznaje punkty widzenia różnych ludzi, tym człowiek całkiem inaczej zaczyna patrzeć na życie.
- z zaliczonych 4 biegów (1 na 4 km i 3 na 10 km), wymagało to ode mnie dużo wytrwałości i silnej woli, ale udało się!
- z otrzymania pracy w dziale, który sobie wymarzyłam! Chociaż łatwo nie jest, przyniosło mi to dużo stresu, nerwów, chaosu, a bywają i dni, gdzie mam wrażenie, że kręcę się jak w kołowrotku i wracam do domu i pytam siebie, co ja tam w ogóle robię i na czym ten cały burdel stoi, bo na pewno nie na nogach, tak... mogę powiedzieć, że tak czy inaczej lubię tę pracę i cieszę się, że w niej jestem  
- z odbytej 3-tygodniowej delegacji do Włoch, która wykrzesała ze mnie dużo odwagi przy samodzielnym (pierwszym w życiu) locie samolotem, przejechaniu 250 km wypożyczonym autem a i przejęciu obowiązków od Włocha. To było dla mnie jak skok na głęboką wodą i wiązało się ze znacznym stresem, ale na pewno dodało mi dużo odwagi do życia a przy tym było niesamowitą przygodą.
- z zorganizowanej i odbytej na własną rękę wyprawy do Londynu i stamtąd też do Paryża. Dużo zwiedzonych miejsc i atrakcji, a przy tym wzrost organizacji. A ten wyjazd mogę podsumować tylko tak - 2 stolice, 6 lotnisk, 4 środki komunikacji i 92 km na nogach :D 
- z dużej dozy samodzielności, jeszcze rok temu wielu rzeczy się bałam i często musiałam na kimś polegać. Dziś jestem dużo silniejsza i mniej zależna.

Z czego nie jestem zadowolona?
- to miał być dla mnie rok, w którym uspokoję się emocjonalnie, przestanę cofać się i żyć przeszłością, ale wcale tak nie było a ja dalej zdaję sobie sprawę, że nie umiem pogodzić się z pewnymi aspektami i pójść do przodu. W tym roku mam nadzieję, że raz na zawsze odetnę się od pewnych historii, które tylko wywołują we mnie uczucie związanego żołądka i mdłości. 
- z braku pokory, niestety mam taką wadę, że zamiast spuścić głowę i przyznać komuś rację, wściekam się, kopię, rozpycham łokciami, aby tylko wyszło na moje i nie, wcale nie wychodzi

Czego oczekuję od 2020?
- przede wszystkim zależy mi na tym, by być dobrym człowiekiem. W 2019 trochę nad tym popracowałam, ale dalej długa droga przede mną. Miałam 3 grubsze sytuacje, za które mi wstyd i które totalnie rozbiły mnie emocjonalnie i w 2020 chcę takich rzeczy uniknąć.
- chcę nauczyć się słuchać siebie i swoich potrzeb i je spełniać. Jeśli sami o siebie w pierwszej kolejności nie zadbamy, to nikt tego nie zrobi i taka jest prawda.
- chciałabym się uspokoić i uporządkować, chociaż wiem, że łatwo nie będzie, bo wbrew pozorom jestem roztrzepaną i średnio zorganizowaną osobą, a stresująca praca, dorosłe życie i współczesny świat oraz ludzie na pewno tego nie ułatwiają. Z drugiej strony kiedy po raz kolejny słyszę: "Ale po co chcesz się uspokajać, skoro jesteś aktywną osobą? Po co masz się do pewnych ludzi zmuszać, jeśli Cię nudzą?". To cóż, może z drugiej strony lepiej słuchać tego co ma się w sercu. 
- przestanę dążyć do perfekcji i wiecznie wymagać od siebie i od innych, gdzie w rezultacie jestem ciągle nie w pełni zadowolona. To odwieczna walka pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością, ale chciałabym kłaść większą wagę na docenianie małych, dobrych rzeczy, niż porażek i tego co złe.

sobota, 9 marca 2019

Styczeń i luty 2019 - podsumowanie!

Pierwsze 2 miesiące nowego roku za nami :) Przez ten czas miało się porządnie zadziać - z początkiem roku miałam duże, świetlane plany. Wymyśliłam sobie "nowy świat" - nową pracę, studia podyplomowe i wyprowadzkę do innego miasta. Niestety pomimo moich starań każda z tych spraw spaliła na panewce... trudno, odpuszczam. Wychodzę z założenia, że widocznie los ma dla mnie w zanadrzu coś lepszego.

Wraz z końcem stycznia moja umowa na zastępstwo wygasła i musiałam się pożegnać z moją dotychczasową pracą. Mam świetne wspomnienia, a szczególnie obraz tego jak powinna wyglądać prawdziwa, porządna praca. Z jednej strony to dobre, z drugiej nie, bo pewnie nic już nie będzie w stanie na mnie zrobić takiego wrażenia, ale trzeba iść do przodu. Na zakończenie pracy zgodnie z lokalnym patriotyzmem dostałam biżuterię z węgla :) A także książkę - "Otoczeni przez psychopatów" jako drugą część czytanych przeze mnie wcześniej "Otoczonych przez idiotów". W międzyczasie dostałam ofertę i już za parę dni zaczynam nową pracę.

KSIĄŻKI
Jeśli chodzi o książki to od przeszło roku wdarł mi się pewien nawyk i z uporządkowanego czytania książek do początku do końca i dopiero wyboru kolejnej, zmieniło mi się to na „skakanie” od jednej pozycji do drugiej i czytanie kilku książek równocześnie. Na pewnym etapie upatrywałam w tym sporo plusów, obecnie coraz bardziej zaczyna mnie to męczyć, bo sporo mam rozpoczętych i niedokończonych. Ostatnio kolega przedstawił mi buddyjski test efektywności i chyba powoli zaczyna do mnie docierać, że taki sposób ma więcej minusów niż plusów. Zatem mój cel na przyszłość to uporządkowanie pod względem czytania. Z przeczytanych książek w całości na ten okres mam 3 - "Otoczeni przez idiotów", "Otoczeni przez psychopatów" i adekwatnie do postanowienia "Slow life. Zwolnij i zacznij żyć". 


RESTAURACJE
Zaplanowałam sobie, że 2019 będzie dla mnie rokiem doświadczania nowych rzeczy. Ucinam ograniczenia i blokady, a wszystkim nowym sytuacjom zamierzam mówić "tak". W nowy rok zatem weszłam z postanowieniem odwiedzania nowych restauracji i próbowania nowych jedzeń, co też udało mi się uskuteczniać. Poniżej moje odwiedziny, głównie w Katowicach:


- "Upojeni" - mają fajną akcję, bo do godz. 18 przy zakupie drugiego dania, zupę można kupić za 1 zł. Jak za zupami nie przepadam, tak te były całkiem ok. Trochę przypominały przeciery dla dzieci, ale naprawdę były całkiem smaczne. Z kolei na drugie danie wzięłam burgera i był dość spalony i niestety niezbyt polecam.
- "3 siostry" - mają całkiem dobre bajgle, ale biorąc pod uwagę mały rozmiar, cena jest trochę wygórowana. Plusem jest uroczy wygląd lokalu - jeśli dla kogoś ważne są walory estetyczne, to na pewno warto odwiedzić.

- "Fit Fat" - knajpa z klasycznymi meksykańskimi potrawami. Zdjęcie poniżej to niby zestaw dla 2-3 osób, ale szczerze mówiąc, najeść to by się tym można było chyba tylko w pojedynkę. Fajną sprawą jest to, że w skład niego wchodzi burrito, taco, enchilada, nachosy, salsy i sok, więc można różnych rzeczy popróbować.
- "Kafej" - zamówiłam tam gofra z jajkiem i bekonem i gdy do mnie przyszedł... byłam zaskoczona. Na zdjęciu tak nie wygląda, ale gofr był naprawdę wielki i sycący. Nieco kłóciło mi się połączenie wytrawnych dodatków ze słodkim gofrem, ale i tak lokal na duży plus i na pewno go jeszcze odwiedzę.
- "Aioli" - czyli włoski lokal niestety z wysokimi cenami, ale za to ciekawymi, nietypowymi potrawami. Na zdjęciu zielona kawa z matchą, mlekami roślinnymi i... masłem. Smakowała specyficznie, ale ja żyję nowymi smakami i doświadczeniami, więc byłam zadowolona. Prócz tego zjadłam pizzę m.in. z bekonem, gruszką i karmelizowaną cebulą - mega smaczna. Następny raz pójdę tam na mule :)
- "Pożegnanie z Afryką" - to kawiarnia w Krakowie z kawami z różnych krajów świata i parzonymi różnymi metodami. Akurat kawiarnia brała udział w jakimś konkursie i pilotażowo wykreowała nową kawę - z espresso, tequilą, miodem, bitą śmietaną, bryłkami soli, pomarańczą i cynamonem. Świetne połączenie smakowe, a przy tym sama kawa kosztowała 7 zł - genialnie :) 
- "Shrimp house" - no ok, tu nie byłam po raz pierwszy, ale w ramach mojej "powypłatowej tradycji", którą już raczej zakończę. Fajny lokal z serwowanymi samymi daniami z krewetek, ale po wypróbowaniu różnych moim nr 1 jest "Tempura shrimp" - najsmaczniejsze i najbardziej opłacalne. Inne nie zrobiły na mnie większego wrażenia. W dodatku wysokie i tak ceny ostatnio jeszcze podrożały... słabo.
Oprócz tego byłam też na festiwalu pizz w Pizza Hut.

SPORT
Jako że moim postanowieniem na 2019 jest ćwiczenie kręgosłupa, parę razy byłam na zajęciach o nazwie „Zdrowy kręgosłup”, a także pochodziłam trochę na basen.

W zeszłym roku pierwszy raz w życiu uczyłam się jeździć na nartach i zapamiętałam to jako mocno stresujące i przerażające doświadczenie. W tym roku sezon narciarski rozpoczęłam od wyjazdu do Czech, a tamtejszy stok sprawił, że zaskoczyłam się pozytywnie. Po tym jeszcze kilka razy udało mi się na nartach w Polsce pojeździć. A sezon zakończyłam, tak jak i zaczęłam - stokiem w Czechach.

Oprócz tego pierwszy raz grałam w squasha - było więcej śmiechu niż samej gry, ogółem fajne zrobiło na mnie wrażenie, prócz tego, że miałam gigantyczne zakwasy, a ręka trzęsła mi się przez kolejne 3 dni ;p

Byłam też w parku trampolin - chyba jako jedna z nielicznych dorosłych.

I parę razy na łyżwach.


Z filmów udało mi się pójść do kina na Glass - specyficzny, średnio oceniam.

Oprócz tego widziałam też Banderstach, czyli film w którym to co jakiś czas widz ma 2 opcje wyboru dalszego ciągu filmu - świetny pomysł, chociaż sama fabuła miała trochę mankamentów.

Oprócz tego wreszcie po intensywnych analizach i 11 latach ze starym laptopem - kupiłam nowy. Komfort pracy świetny.

I to by było na tyle w styczniu i lutym!

piątek, 1 lutego 2019

"Polskie morderczynie" - Katarzyna Bonda






Tytuł: Polskie morderczynie
Autor: Katarzyna Bonda
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 446







"Polskie morderczynie" - tytuł szumny, przyciągający, a zarazem jedna z pierwszych książek poczytnej obecnie autorki kryminałów Katarzyny Bondy. Pomimo że z samym gatunkiem literackim dosłownie rozumianym ma raczej mało wspólnego, tak stanowi zbiór kilkunastu różnych opowieści kobiet, które faktycznych morderstw się dopuściły.

Książka powstała w wyniku rozmów autorki z więźniarkami i akt sądowych. Pisarka dała każdej z kobiet prawo wypowiedzi i przedstawienia własnej wizji sprawy. Na samym początku trzeba przyznać autorce, że pomysł na książkę był niezwykle trafny, ciekawy i wyszukany. Podobnie jak Katarzynę Bonda, mnie również zaciekawiło, co skłoniło opisane kobiety do morderstwa, jakie były ich motywy, czy zbrodnie były szczegółowo zaplanowane, czy może doszło do nich raczej spontanicznie... Toteż czym prędzej wzięłam się za czytanie.

Początkowo byłam zafascynowana tą książką i każdą historię czytałam z zapartym tchem. Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać pewne analogie i dochodzić do wniosku, że historie te są dosyć schematyczne. Kobiety głównie zabijały na tle emocjonalnym, przede wszystkim mężczyzn, w większości swoich partnerów... 
Trochę rozczarowało mnie, że nie została ukazana żadna skomplikowana historia i przemyślane, długo opracowywane morderstwo. Z drugiej strony tłumaczę sobie, że moje podejście i oczekiwania wynikają pewnie z przyzwyczajenia do czytanych fikcyjnych, wymyślnych kryminałów.
Przechodząc do analizy, część morderstw dokonana została z nienawiścią i zwierzęcą wrogością, często pod wpływem kaprysu. Inne znowu powstały na skutek latami trwającej przemocy fizycznej i psychicznej. Te drugie często wywoływały współczucie i ciężko obarczać kobiety pełną winą za nie.

Nie trudno zauważyć, że prawie wszystkie morderczynie wywodziły się z rodzin patologicznych bądź też w późniejszych latach wchodziły w otoczenie alkoholizmu, narkomani, przemocy.

Podsumowując, "Polskie morderczynie" to interesująca pozycja, w którą warto się zagłębić. Stanowi swego rodzaju studium psychologiczne, przybliżające motywy morderczyń. Trochę rozczarowuje jednak schematycznością.